Sędzia nie ma uczuć

Anita Bugajska

Artyści pchają świat do przodu, a co ja mogę pchać? Czasami samochód, jak stoi gdzieś w polach. Ja jestem Grzesiek z Kokotowa, który robi filmy.

 

Polskie kino dokumentalne warto oglądać. Często doceniane na zagranicznych festiwalach, jest nadal mało popularne wśród polskich widzów. Dzisiaj polecamy „Gwizdek”, który w 2012 roku wygrał konkurs filmów krótkometrażowych na Sundance Film Festival (największy festiwal filmów niezależnych na świecie). 

„Gwizdek” w całości (16 minut) można obejrzeć na stronie Ninateki. 
Poniżej rozmowa z reżyserem filmu, Grzegorzem Zaricznym.

 

 

plakat gwizdek

Zwycięski „Gwizdek” to portret Marcina Batko mieszkającego w małej miejscowości pod Krakowem. W tygodniu pracuje fizycznie, a weekendy sędziuje mecze piłkarskie na najniższym poziomie rozgrywek. Mieszka z matką, która chce dla niego lepszej pracy. Marcin przeżywa każdy mecz, mierząc się często z agresją kibiców i zawodników. Mimo że stara się sprawiedliwie oceniać sytuacje na boisku, nie unika emocjonalnych komentarzy. „Sędzia to robot, przyjeżdża, daje żółtą kartkę, pisze sprawozdanie i – co najważniejsze dla nich – bierze kasę” – mówi w jednej ze scen oburzony Marcin. Film ocieplają zabawne, ale i mądre wypowiedzi matki bohatera i rozmowy sędziego z kotem Maciusiem. Ciągle jednak przebija się refleksja o trudach poszukiwania własnego sposobu na dorosłe życie. Jury amerykańskiego festiwalu pokochało ten film właśnie za jego głębię i dowcip.

 

Grzegorz Zariczny, fot. Studio Munka
Grzegorz Zariczny, fot. Studio Munka

Sam kiedyś sędziowałeś mecze. To dlatego zrealizowałeś „Gwizdek”?
Sędziowałem do niedawna, ale zrezygnowałem. Już nie miałem na to tyle czasu, a emocje na boisku były zbyt silne. Jestem też za słaby na obelgi i oskarżenia, jakie zawsze padają pod adresem sędziego. W filmie chciałem pokazać jego ludzką stronę. Sędzia też ma życie i problemy, a o tym się zapomina. Potrzebowałem bohatera, który pomógłby opowiedzieć tę historię. Znalazłem Marcina, który prywatnie jest moim kolegą.

Marcin tak po prostu wpuścił cię z kamerą do swojego domu?
To nie działo się szybko. Kręciliśmy ponad rok, przyjeżdżaliśmy do niego co kilka dni. Długo nagrywaliśmy, żeby z pięciu godzin mieć tę jedną minutę. Chciałem, żeby Marcin i jego mama zaakceptowali naszą obecność i zachowywali się przy nas naturalnie. Potrzebowałem więcej czasu na zebranie materiału, bo dla mnie ważne jest, żeby nie oceniać bohatera. Nie działam jak media, które wpadają na chwilę, szukają nędzy i patologii, a później zostawiają skrzywdzonych ludzi. Nic dziwnego, że ludzie boją się kamery. Marcinowi podobał się film, a to jest dla mnie bardzo ważne. Bałem się, że będzie siedział w kinie, a wszyscy wokół będą się z niego śmiać.

gwizdek2

Trudno się było nie uśmiechnąć przy niektórych dialogach.
Zawsze staram się opowiadać poważnie, a później okazuje się, że to jest zabawne, ale w ciepły sposób. Może na tym polega sukces moich filmów? Nie wysilałem się, żeby zrobić sceny, które mają być śmieszne. Nie chcę robić śmiesznych filmów, śmieszne filmy są bez sensu.

Mocnym punktem filmu jest uroczy kot Maciuś.
Kot jest w filmie nie bez powodu. Głęboko wierzę w zwierzęta; w to, że kiedy ludzie nie potrafią się ze sobą dogadać, świat podpowiada im przez zwierzęta. Niestety kot nie żyje, zachorował w trakcie zdjęć. Nagraliśmy sceny z jego „pogrzebu”. Są wzruszające, ale nie chciałem ich wykorzystywać. Wolałem, żeby w filmie kot żył.

gwizdek1
Jesteś zadowolony z „Gwizdka”?
Cóż, mam wrażenie, że nie podołałem temu filmowi, więc wszelkie zastrzeżenia są dla mnie zrozumiałe. Nie potrafiłem nadbudować finału w tej historii, bo takiego nie było wtedy w rzeczywistości bohatera. Chłopak chciał znaleźć dobrą pracę, związać się z fajną dziewczyną, a po roku nie wydarzyło się nic takiego. Budowanie na siłę byłoby nie fair. Zostawiłem film z pytaniem czy uda mu się wyjść z tego świata, czy może powinien zostać i w nim próbować coś zmienić.

A czy coś się zmieniło u Twojego bohatera?
Tak, ma fajną pracę i inną dziewczynę, układa sobie życie. Nadal sędziuje.

Nagroda na Sundance Film Festival to duży sukces.
I ogromne zaskoczenie. Gdy dotarłem do Park City, byłem bardzo zmęczony podróżą, zmianą czasu i klimatu… Poszedłem spać. Obudziły mnie smsy od znajomych: „Gratulacje”, „Czad, Grzechu!”. Okazało się, że tego samego dnia było rozdanie nagród. Byłem na festiwalu przez tydzień, poznałem kilka ciekawych osób, pokazałem im swoje filmy. Fajnie, że wygrałem na Sundance. Ale nie czuję presji z tego powodu. Nie jestem artystą, to artysta czuje presję. Artyści pchają świat do przodu, a co ja mogę pchać? Czasami samochód, jak stoi gdzieś w polach. Ja jestem Grzesiek z Kokotowa, który robi filmy. Nie robię filmów po to, żeby wygrywać festiwale albo promować się na nich. Są inne rzeczy w życiu, o które trzeba walczyć. Dla mnie ważne jest, czy wybuduję dom, czy będę dobrym ojcem… Jeśli o to chodzi, czuję presję.

gwizdek4

Gdzie pracujesz nad swoimi filmami?
Filmy robi się teraz w domu. Wyjeżdżam tylko na zdjęcia. Myślę, że udało mi się pokazać, że nie trzeba jechać do Warszawy, żeby coś fajnego się działo w życiu. Moi koledzy pouciekali do stolicy, walczą o przetrwanie. A ja mieszkam pod Krakowem, staram się nic nie robić i samo to jakoś wychodzi. Cenię sobie spokój w Kokotowie. To, ze mogę wyjść rano i wysikać się pod drzewem. Nie ma pośpiechu, jest fajny widok z okna, kury.

Nie lubisz Krakowa?
Lubię duże miasta, ale zawsze chcę szybko wracać do domu. W centrum jest za dużo ludzi, wszyscy się przepychają, nie ma gdzie zaparkować. Ja jestem prosty chłopak, miasto sprawia, że robię się nerwowy. Żeby się uspokoić, wracam do domu przejeżdżając przez Nową Hutę.

Co takiego jest w Nowej Hucie?
Nie wiem, dobrze się tam czuję. Zresztą, cała moja przygoda filmowa tam się zaczęła. Słyszałem o pomyśle, żeby Nowa Huta oddzieliła się od Krakowa. Podziwiam ludzi, którzy tak kochają Hutę, chcą o nią walczyć. Nie wiem, czy to jest szalony pomysł, czy nie. Nie miałbym nic przeciwko.

 

 

Grzegorz Zariczny (ur. 1983) zainteresował się reżyserią już jako licealista, gdy zapisał się na warsztaty filmowe Jerzego Ridana. Później studiował geografię i próbował dostać się do PWST w Krakowie. Do swojej teczki dołączył pierwsze próbki filmowe. Dzięki Krystynie Zachwatowicz zobaczył je Andrzej Wajda. Niedługo potem Grzegorz dostał list od Wajdy, w którym ten zasugerował mu poszukanie szkoły filmowej. Ten list Zariczny ma do dzisiaj. Z dnia na dzień porzucił studia geograficzne. Początki w katowickiej szkole filmowej nie były łatwe, wszystkie filmy robił źle, a od wykładowców słyszał, że się nie nadaje. W końcu zdecydował się przenieść do Szkoły Wajdy i tam zrealizował „Marysiną Polanę” (2010). Film opowiada o czterech juhasach, którzy co roku spędzają kilka miesięcy w oddalonej od domu i cywilizacji bacówce, wypasając owce. Mężczyźni dużo ze sobą rozmawiają, zwłaszcza o kobietach. Żeby zrealizować ten film, reżyser zamieszkał w pobliżu bacówki razem ze swoją ekipą. Spędzili oni mnóstwo czasu, poznając juhasów i stając się częścią ich codziennego życia na Marysinej Polanie. Film odniósł sukces, został nagrodzony na wielu festiwalach w Polsce i za granicą. Na Krakowskim Festiwalu Filmowym otrzymał specjalne wyróżnienie za „zdobycie zaufania bohaterów”. Obecnie Grzegorz pracuje nad swoim pełnometrażowym debiutem fabularnym – „Fale”. To historia nastoletniej początkującej fryzjerki Kasi, która zmaga się z wieloma przeciwnościami, żeby osiągnąć sukces w wybranym przez siebie zawodzie.

„Gwizdek” (2012) – do zobaczenia na stronie Ninateki.