Sens w 2017. Myśli umiarkowane

Bartosz Suchecki

Obnosimy się z dumą, kiedy gdzieś głęboko siedzi w nas wstyd. Ja nie jestem dumny z Polski, bo za mało dla niej zrobiłem.

2016 był rokiem szalonym. Politycy sami przekraczali granice, utrudniali jednak ich pokonywanie uchodźcom. Doświadczaliśmy zamachów – rzeczywistych, w których umierali ludzie i wydumanych, w których ginęła treść. Po wielu latach testów w grupach fokusowych osiągnęliśmy równouprawnienie: prawda i kłamstwo zaczęły funkcjonować na salonach na podobnej zasadzie.

Prawdę można przemilczeć, bo oczywista, o kłamstwie nie należy mówić, zaraz wszyscy zapomną. Obserwowałem, raz z bliska, raz z daleka, ciąg zdarzeń, który początkowo zdawał się nie mieć sensu. Dopiero kiedy udało się go przemyśleć, uporządkować, przestał wydawać się absurdalny, a nawet zaczął zachodzić na ścieżki logiki. W układance, którą otrzymałem, szukam nadziei na najbliższe miesiące.

Przemysł umiaru

To był czas wielkich słów, a wielkie słowa przeszkadzają w rzeczowej dyskusji. Mówimy: „wolność”, kiedy uciekamy przez zniewoleniem, krzyczymy: „demokracja”, kiedy ktoś podejmuje za nas wszelkie decyzje, obnosimy się z dumą, kiedy gdzieś głęboko siedzi w nas wstyd. Ja nie jestem dumny z Polski, bo za mało dla niej zrobiłem.

Ale tak samo się za nią nie wstydzę, tylko dlatego, że dzieje się z nią coś nie po mojej myśli. Pogodziłem się z tym, jaka jest, chociaż bardzo chciałbym, żeby było inaczej. Gdy więc słyszę: „wyjeżdżaj”, odmawiam. Polska była tu dla mnie, więc ja myślę, co zrobić, żeby być dla niej. A ona ostatecznie może się zmieni.

Nie jestem przenikliwym komentatorem, raczej prostym gapiem. O życiu wiem tyle, na ile mi wiek pozwala – niewiele. Jestem umiarkowanie zadowolony i w umiarze widzę sens, chociaż niezmiennie szukam lepszego. Wierzę, często naiwnie. Moje obserwacje są niepodparte autorytetem, niespecjalnie oryginalne, zatem mało medialne.

Warte tyle, co miliony innych. Jednak jak na ich spodziewaną pospolitość, może wręcz prymitywność, zaskakująco rzadko je słyszę. Wydawałoby się, że do umiaru łatwo przekonać. Tyle że umiarkowane argumenty mają, no właśnie, ograniczone oddziaływanie.
Przyjęło się, że o Polskę ze snu, tę, w którą ostatecznie zmieni się nasz kraj, musimy walczyć. Jakby swojego jeszcze nie odcierpiała. Rozglądamy się więc za liderami, wymieniamy znak pogardy dla wroga i ruszamy na barykady.

Nagle napotykamy tłum, który stoi po drugiej stronie. Okazuje się, że to też ludzie, a co najdziwniejsze chcą tego samego. Wymyślili tylko inny znak pogardy. Oni też mają swoich bohaterów. Tych samych, którzy dla nas są zdrajcami. Pada pytanie: to co, mordobicie? I niepokojąca wątpliwość: a może nie trzeba? Może nie musimy być bohaterami za wszelką cenę? Ten jeden raz damy się porwać szaleństwu, upowszechnimy to, co od dawna w niedomiarze – umiar.

Mydlenie oczu, czyli dramat w trzech bańkach

Wokół jest wielu bardziej światłych ode mnie. Oczytanych, predysponowanycvh do wnikliwej oceny sytuacji. Odnoszę jednak wrażenie, że nawet ci, którzy mają pod ręką narzędzia, żeby obiektywnie oceniać zjawiska, nie potrafią dłużej tego zrobić, emocje biorą górę. Coraz częściej przysłuchuję się dysputom, w których goście reprezentują zbliżone poglądy.

Kiedy już zestawia się różne światy, to raczej z nastawieniem na efektowną sieczkę. Słowną szermierkę z użyciem wymyślnych argumentów zastępuje walenie cepem w łeb. Nie łudzę się dłużej, że jeden z gości skoryguje swoje zdanie, choćby odrobinę, pod wpływem celnego argumentu drugiego zaproszonego. Ten wie swoje, tamten przekonany o innym i plują słowami, nawet na siebie nie patrząc.

W internecie miało być szerzej, egalitarnie, ale tutaj unikać problematycznych rozmówców jest jeszcze łatwiej. W razie niepochlebnego komentarza, niewygodnego pytania wystarczy zablokować mąciciela bez wytłumaczenia i słuchać jedynie tych, którzy powiedzą: tak, tutaj masz całkowitą rację, tam – wygłosiłeś znakomitą obserwację, a gdzie indziej się nie mylisz. Dobre dla samopoczucia, merytorycznie jałowe. Żeby coś zmienić, należałoby wyjść ze swojej bańki.

W Polsce z mojej perspektywy widzę trzy – rządową, opozycyjną i nieczułą. Ludzie zamknięci w tej ostatniej nie są zupełnie obojętni. Przyjęli do wiadomości, raczej niechętnie, że w kraju toczy się spór pomiędzy dwoma siłami dobra absolutnego – a oni tego absolutu po prostu nie czują i unikają deklaracji. Nie jest to tak wyniszczające jak okopywanie się na wyznaczonych pozycjach, ale samo czekanie w milczeniu, podobnie jak w przypadku kłamstwa, faktów nie zmieni.

Ich aktywności nie potęguje stosowany chętnie przez polityków argument „tematu zastępczego” – rozdmuchanej błahostki, która ma przykryć jakąś ważniejszą sprawę. Mogą pomyśleć: jeśli żyjemy wciąż tematami zastępczymi, to gdzie radzą o fundamentach?

O dwóch bańkach, co broniły demokracji

Gdyby wierzyć słowom, nasze myśli krążyły w tym roku wokół programu 500 plus, protestów kobiet i Trybunału Konstytucyjnego. Dochodzimy w ten sposób do bańki rządowej. Zaklęci w tej bańce przeprowadzają gwałtowne zmiany, z wielkim zacięciem i niesłabnącą konsekwencją. Włączają kolejne organy w codzienną działalność państwa, zwiększają kontrolę nad życiem obywateli. Nie słuchają okrzyków sprzeciwu – te w bańce zanikają zupełnie albo docierają zniekształcone, czyli niegodne uwagi.

Ja nawoływania słyszę i zauważam słuszność wielu z nich. Nie podoba mi się toporny styl wprowadzania zmian, straszenie innością, wychwalanie swoich i swojskiego, nawet jeśli mierne. Nie popieram wizji ograniczania, upraszczania świata. Ale nie odmawiam rządowi jego praw. Wykorzystuje uprawnienia, które zdobył w wyborach. Niesione przez opozycję hasła wydają mi się wyolbrzymione.

Deklarują żywiołowo: obronimy demokrację. Ale czy jest jeszcze co chronić, skoro jednocześnie twierdzą, że „skończyło się państwo prawa”? Uparte powtarzanie słów prowadzi do zacierania ich znaczenia. Szczególnie tak abstrakcyjnych i kruchych jak demokracja. Demokracja, demokracja, demokracja. Zastanawiam się: nadal ją mamy czy już zniknęła? I czym w ogóle jest? Była?

Bańka opozycji jest niejednorodna, ale jej mieszkańców łączy przekonanie, że walczą o interesy ciemiężonych przez państwo. Tymczasem PiS poszło po zwycięstwo w wyborach pod takim właśnie hasłem: „oni rządzili w PRL-u, przemianowali się i trwali w III RP, my z tym skończymy, przywrócimy wam godność”. Jak się okazało, pokrzywdzonych przez transformację (czy też żyjących z poczuciem krzywdy) jest po prostu więcej niż mniejszości narodowych, kulturalnych, seksualnych.

Opozycja zorientowała się, że podejmuje zagadnienia, które nie wzbudzają odpowiedniego odzewu w społeczeństwie. Kiedy więc hasła czysto wolnościowe nie przeszły testu wyborczego, decydenci stwierdzili, że trzeba uderzyć w mocniejsze tony, odwołać się do strachu. „Jeśli nie powstrzymamy rządu, oni zniszczą nasz dorobek, sprawią, że wyklnie nas Europa Zachodnia, wrócimy do Średniowiecza”. Proste? Wyborów demokratycznych nigdy nie wygrywało się kalkulacjami ekonomicznymi.

Być może opozycji nie podoba się więc po prostu państwo, którym chce rządzić? Pękła bańka proeuropejska, w której obywatele zdawali się interesować nie tylko własnym podwórkiem, lecz aspirowali do ponadnarodowej wspólnoty, pragnęli bardziej nowych doświadczeń niż spokoju. Tymczasem okazało się, że ludzie z drugiej, sąsiedniej bańki wyznają inne wartości, a inności wcale nie trzeba szukać za granicą. Najpierw należałoby zrozumieć człowieka siedzącego naprzeciwko w pociągu, który broni swojej opinii równie zaciekle jak my naszej.

Niebagatelnego odkrycia dokonał też rząd. Liderzy dostrzegli, że okoliczności wreszcie sprzyjają głębokim zmianom. Nie wiadomo tylko, jak długo się utrzymają. Trzeba więc działać szybko, tym bardziej zdecydowanie, im silniejszy będzie opór. Determinacja jest olbrzymia, bo Jarosław Kaczyński czekał na ten moment długo. Zdecydowanie dłużej niż od dnia katastrofy smoleńskiej. 10 kwietnia stał się symbolem, starannie pielęgnowanym podczas miesięcznic. Smoleńsk, z którym żyjemy od niespełna siedmiu lat, niespodziewanie pomógł bowiem w ucieleśnieniu założeń, które lider PiS wraz ze swoim środowiskiem próbował zrealizować już ponad dwie dekady wcześniej.

Nie trafia do mnie argument, że Kaczyński jest zgorzkniałym socjopatą, który działa w akcie zemsty za śmierć brata. Gwałtowność przeobrażeń jest moim zdaniem sprowokowana nie gniewem, tylko poczuciem ostatniej szansy na wprowadzenie zmian, o które zabiegał przez prawie całe polityczne życie. Umniejszanie dorobku Kaczyńskiego, gardzenie nim to gardzenie ludźmi, którzy go wybrali. A to droga na manowce.

Pytaj o Polskę

Oprócz baniek o zasięgu krajowym, gnieździmy się też w swoich małych światach. W mediach opisujących nam świat trwa przeciąganie liny – czyja historia przyciągnie widzów. Głównym zastrzeżeniem ze strony odbiorców przestały być krzykliwe, sensacyjne nagłówki. Media publiczne stanęły w ogniu krytyki za propagandę i gomułkowski język. Słusznie? Często słusznie. Skąd dochodzą oskarżenia? Zazwyczaj z mediów prywatnych.

Ten fakt każe mi natomiast weryfikować, czy TVP i Polskie Radio nie stosują po prostu innej propagandy, niż ta, która przemawia do krytyków. Propagandy prymitywnej – co trudno zakwestionować po kilku seansach „Wiadomości” – ale nie jedynej. Media z przeznaczenia mają potencjał sterowania masową świadomością. Dostęp do internetu, choć powszechny, zmienił to jedynie dla nielicznych.

W zdecydowanej większości wciąż słuchamy dwóch-trzech interpretacji każdej złożonej kwestii i wydaje nam się, że nasz udział sprowadza się do wyboru opcji. Tylko że ani „dobrzy”, ani „źli”, ani nawet „obiektywni” nie są nieomylni.Często można znaleźć czwartą i piątą drogę.

Czy stać na to ludzi umiarkowanych? Ograniczają się, bo nie czują powołania do twardej obrony skrajnych stanowisk, a i tak dostają rykoszetem. Może ta wstrzemięźliwość to tylko kolejna składowa pata? Może umiar to chęć wymigania się od odpowiedzialności, która prowadzi do izolacji w kolejnej bańce? Może czasami trzeba postawić na któregoś konia, nawet jeśli bardziej namawia nas do tego intuicja niż rozsądek? Pytań zawsze będzie więcej niż odpowiedzi, ale tylko dyscyplinując się do szukania rozwiązań, można wywierać wpływ na sytuację.

Za wielkimi słowami zastanawiająco często stoją niskie racje. Racjom mniejszości z kolei brakuje siły przebicia. Dlatego trzeba stawiać konkretne pytania. I wytrwale szukać uczciwych odpowiedzi. Silnych argumentem, nie z argumentem siły. I namawiać do pytania innych. Im więcej myślących w społeczeństwie, tym władza ludu bardziej realna. Im wcześniej to zrozumiemy, tym rzadziej będziemy musieli w 2017 roku bronić demokracji.