Serce dziecka, serce lekarza

Fragment książki "Profesor Skalski. Uczeń Religi. Lekarz od cudów"

Oczywiście, że się bałem. Ale tak jest zawsze przed jakimiś trudnymi wyzwaniami. Kiedyś Adam Małysz powiedział, że przed każdym skokiem się trochę boi, ale to nie znaczy, że ma nie skoczyć. Gdyby się tak w ogóle nie bał, to znaczy, że albo jest nienormalny, albo to robi z takim rutyniarstwem, że nie będzie miał sukcesów. Trzeba trochę pewnego rodzaju hazardu, żeby za każdym razem było coraz lepiej, coraz dalej i z ryzykiem. Ryzyko jest potrzebne. Mobilizujące

Grudzień 2009 roku. Do prokocimskiej kliniki trafia dwuletnia Zuzia ze względnie prostą wadą serca. Jednak mała jest niewydolna krążeniowo i wymaga pilnej operacji zamknięcia ubytku w przegrodzie międzykomorowej. Jeszcze wtedy nikt nie spodziewa się, że przyczyna choroby dziecka jest znacznie poważniejsza.

Lekarze przekonują się o tym podczas operacji – okazuje się, że przegroda serca jest nietypowa. Po zabiegu stan dziewczynki się pogarsza, nasilają się objawy świadczące o kardiomiopatii, czyli choroby mięśnia sercowego, prowadzącej do nieprawidłowego działania narządu. Operacja ją ujawniła i przyspieszyła jej rozwój. Serce Zuzi wygląda, jakby było niedokrwione, degeneruje się.

Janusz Skalski nie ma wątpliwości – jedynym rozwiązaniem jest przeszczep. Ale z tym wiąże się kilka problemów. Po pierwsze, szpital w Prokocimiu nie ma certyfikatu zezwalającego na przeprowadzenie przeszczepu. Profesor obawia się, że Zuzia nie przeżyje transportu do Zabrza, gdzie taki zabieg można byłoby wykonać. Po drugie, nie tak łatwo jest znaleźć dawcę dla malutkiej dziewczynki. Musi zgadzać się, oczywiście, grupa krwi, ale też rozmiar narządu – serduszko ma być tak samo małe, jak u Zuzi. A ona już nie może czekać. Każda godzina zbliża ją do śmierci.

Pozostaje jedyny ratunek. Rozwiązanie, jakiego jeszcze w Polsce nikt nie wykorzystał. Ale profesor Skalski nie widzi innego wyjścia – trzeba zaryzykować. Postanawia wszczepić Zuzi sztuczną komorę, która będzie stymulować pracę jej serca. Urządzenie jest podobne do nieco spłaszczonej piłeczki. W jej środku znajduje się przepona. Z jednej strony przez sprężarkę wtłacza się powietrze, które ją uciska. Z drugiej strony przepływa krew – na zasadzie mechanizmu zastawkowego. Pacjent musi być podłączony do aparatury, która kontroluje, żeby to sprężone powietrze było odpowiednio podawane. Ma ona formę sporej skrzynki z wbudowanym komputerem – pacjent nie może nawet na chwilę zostać od niej odłączony. To trudne, szczególnie dla dziecka, które nie ma wystarczająco dużo siły, żeby ciągnąć tę skrzynkę za sobą. Każde wyjście do toalety, czy gdziekolwiek indziej, musi odbywać się w towarzystwie dorosłego.

Wykorzystanie sztucznych komór może mieć dwa skutki: pozwoli utrzymać funkcje serca do momentu, kiedy znajdzie się odpowiedni dawca, albo pomoże w jego samoistnej regeneracji. Sztuczne komory od lat stosuje się u dorosłych – pierwszy raz wszczepił je w Polsce Zbigniew Religa w 1990 roku. Ale nigdy nie użyto ich u małego pacjenta. Tu pojawia się kolejna przeszkoda – Narodowy Fundusz Zdrowia nie przewiduje refundacji takiego zabiegu u dziecka! A koszt samego urządzenia to około 30 tysięcy euro. Do tego trzeba wypożyczyć siłownik pompujący krew, który zapewni właściwe funkcjonowanie komór. To wydatek rzędu 5 tysięcy euro za dwa miesiące użytkowania.

Skalski błyskawicznie zwraca się do resortu zdrowia o pomoc. Odmowa. Pytanie do NFZ – odmowa. Pierwsza, druga, trzecia fundacja – proszę odezwać się po Nowym Roku. Profesor się wścieka: „Przecież to dziecko nie dożyje do świąt! Ono ginie!”

Rodzice Zuzi szaleją ze strachu, ale nie dają się sparaliżować emocjom. Wiedzą, że nie ma stuprocentowej pewności, czy wszystko się powiedzie, lekarze przecież mówią wprost: nie możemy obiecać, ale zrobimy, co w naszej mocy, żeby uratować wasze dziecko. Widzą, z jakim uporem Skalski stara się zdobyć fundusze. Zaczynają działać na własną rękę. Dzwonią do każdej możliwej fundacji. I we wszystkich słyszą odmowę.

W końcu profesor Skalski zwraca się do Fundacji Radia Zet. Ci zgadzają się pomóc.

Wspomina: „Wszyscy się odwrócili plecami, natomiast Fundacja Radia Zet akurat w tym wypadku się sprawdziła. To była moja ostatnią deska ratunku. Ale gdyby mi nie dali pieniędzy, to ja bym i tak wszczepił Zuzi tę sztuczną komorę, sprawa już była zdeklarowana, a ja stuprocentowo zdecydowany. Szukałem tylko jakiegoś zaplecza”.

Dodatkowo 34 tysiące złotych dorzucają studenci Uniwersytetu Opolskiego. Zebrali je na sfinansowanie zabiegu ich koleżanki w Niemczech. W efekcie za darmo zoperował ją profesor Skalski, a studenci zgodzili się na przekazanie pieniędzy dla Zuzi.

Sztuczne komory serca dla dziewczynki trzeba sprowadzić z Berlina. Nie wiadomo jeszcze, czy trzeba będzie wszczepić jedną, czy dwie. Niemcy muszą zgodzić się na zabieg i przysłać do Krakowa technika, który poinstruuje polskich lekarzy, jak się przygotować do wszczepiania komór i nauczy obsługiwania pompy.

Jest tuż przed Bożym Narodzeniem. Profesor Roland Hetzer, który może taką zgodę wydać, wyjechał na święta w Alpy. Tam też dociera do niego wiadomość, że Polacy potrzebują sztucznych komór. Odbiera telefon od Skalskiego.

– Panie profesorze, to dziecko umiera, potrzebujemy dla niego komór. Jestem do tego zabiegu przygotowany zarówno logistycznie, jak i teoretycznie. Współpracowałem z profesorem Religą, który wszczepiał mnóstwo sztucznych komór u dorosłych pacjentów. Jestem kardiochirurgiem dziecięcym, mogę się wykazać bardzo niską śmiertelnością w ciężkich, złożonych wadach serca. Teraz chcę zrobić coś, co jest zupełnie nowe – słyszy.

Hetzer nie zastanawia się długo. Zdaje sobie sprawę, że Janusz Skalski jest fachowcem i wie, co robi. Zgadza się na wysłanie komór.

Pierwszego dnia świąt przyjeżdżają niemieccy technicy, którzy obsługują aparaturę (wśród nich jest Simon, młody niedoszły chirurg. Podczas pobytu w Polsce pozna dziewczynę i się z nią później ożeni. Zaproszą Skalskiego na wesele).

Skalski organizuje zebranie całego zespołu, żeby omówić procedurę.

Wspomina: „Technicy podsunęli nam szereg pomysłów, pokazali także całą technologię, żebyśmy wiedzieli, jak to wygląda. Pewne ogólne zasady to każdy z nas znał, bo w końcu pracujemy w tej branży. Przecież gdybym się w ogóle nie znał, to bym nawet nie wiedział, że wszczepienie sztucznych komór jest możliwe także u dziecka”.

Drugiego dnia świąt sprzęt już jedzie z Berlina. W Prokocimiu atmosfera napięta, bo to przecież pierwszy taki zabieg w Polsce. Niby prosty, wykonany wiele razy u dorosłych, ale jednak pionierski. Cały zespół jest bardzo zdenerwowany. Profesor także, ale nie może tego po sobie nadmiernie pokazywać.

Mówi: „Oczywiście, że się bałem. Ale tak jest zawsze przed jakimiś trudnymi wyzwaniami. Kiedyś Adam Małysz powiedział, że przed każdym skokiem się trochę boi, ale to nie znaczy, że ma nie skoczyć. Gdyby się tak w ogóle nie bał, to znaczy, że albo jest nienormalny, albo to robi z takim rutyniarstwem, że nie będzie miał sukcesów. Trzeba trochę pewnego rodzaju hazardu, żeby za każdym razem było coraz lepiej, coraz dalej i z ryzykiem. Ryzyko jest potrzebne. Mobilizujące”.

Skalski wie, że ryzykuje sporo. Musi zaangażować wiele osób, skupić się na leczeniu Zuzi, a jednocześnie nie zapominać o kolejce innych dzieci czekających na zabiegi. Zdaje sobie sprawę, że operacja Zuzi w pewnym stopniu zmieni funkcjonowanie oddziału. Będzie, jak to sam później nazwie, brzemieniem.

Jest 29 grudnia 2009 roku. Sztuczne komory dotarły już z Berlina do Krakowa. Nikt z lekarzy nie myśli nawet o Sylwestrze. Liczy się teraz tylko Zuzia.

Zabieg prowadzi czternastoosobowy polski zespół. Razem z nim na sali niemieccy technicy, którzy w razie potrzeby doradzą, co robić. Trzeba się liczyć z masywnymi zrostami przerośniętego i ciężko chorego serca dziewczynki ze ścianą jej klatki piersiowej. Operacja trwa pięć godzin, jest trudna i bardzo stresująca. Już początek sprawia problemy – lekarze boją się, że jeśli nie otworzą klatki piersiowej wystarczająco delikatnie i bezpiecznie, u dziecka wystąpi migotanie komór. To by znacząco skomplikowało zabieg.

Udaje się jednak uniknąć tej komplikacji. Zespół operuje w maksymalnym skupieniu, nie patrząc na zegarek. Pochyleni nad stołem operacyjnym lekarze wszczepiają kaniule, czyli specjalne rurki służące odbierania i podawania krwi do serca. Delikatnie, żeby nie uszkodzić małego serduszka i tak już wystarczająco zniszczonego chorobą. Z boku taki zabieg może wydawać się banalnie prosty – wystarczy odpowiednio włożyć kaniule. Ale tak naprawdę ich wszczepienie wymaga niezwykłej precyzji. Wystarczy, że jedna z kaniul delikatnie się przygnie, żeby operacja się nie udała. Problemem są po prostu małe rozmiary klatki piersiowej i ograniczone miejsce dla ułożenia kaniul.

Zresztą zabieg to nie wszystko. Później dziecko pozostaje pod stałą kontrolą, lekarze muszą sprawdzać jego stan hemodynamiczny, czynności życiowe, krzepliwość, zagrożenia infekcją i stan neurologiczny. To, co się dzieje po operacji, jest nawet ważniejsze od samego zabiegu. Wymaga wiedzy ogólnomedycznej – podczas wszczepienia może ucierpieć na przykład wątroba. Lekarze muszą monitorować stan płuc, mózgowia, nerek, jelit…

Janusz Skalski podczas operacji co jakiś czas prostuje plecy, ale zaraz potem z powrotem skupia się na Zuzi. Cały zespół nawet nie myśli o tym, że właśnie tworzą historię. Że jeśli się nie uda, staną się pożywką dla całej Polski – jak Moll po swoim nieudanym przeszczepie. Nie dbają o to.

Ostatnie szwy, ostatnia kontrola funkcji życiowych. Wygląda na to, że wszystko jest dobrze. Ale nie można jeszcze ogłosić sukcesu, to wciąż za wcześnie. Teraz czeka ich długa obserwacja Zuzi. Nie wiedzą, jak mała zareaguje na sztuczną komorę.

Skalski doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że po tej operacji na ręce patrzy mu całe środowisko. Mają go za eksperymentatora, kogoś, kto porywa się z motyką na słońce dla zaspokojenia własnych ambicji.

Wspomina: „To też było dodatkowe obciążenie psychiczne. Na pewno byśmy zostali dokładnie skrytykowani, gdyby się nie udało. Nie tylko skrytykowani, ale także rozpracowani – przez płatnika, środowisko medyczne, rodziców… Także przez media, że co ci lekarze robią, co za głupoty”.

Jak to się stało, że Zuzia stała się pierwszym dzieckiem z wszczepioną sztuczną komorą serca? Dlaczego nikt wcześniej w Polsce się na to nie zdecydował? Mamy już przecież od lat wiedzę, warunki, doświadczenie zdobyte podczas operacji u pacjentów dorosłych. Janusz Skalski uważa, że inni chirurdzy po prostu unikają kłopotów.

Mówi: „Nikt nie wierzył w możliwość zrobienia czegoś takiego. Chirurdzy mają wyobraźnię i wiedzą, że to jest «niesłychanie niebezpieczne». Ludzie się tego bali. Bali się, że nie dadzą sobie rady, że to jest zbyt skomplikowane u dziecka. Niektórzy nie lubią się narażać. Narażanie się to jest wystawianie się na krytykę społeczną, krytykę środowiska, krytykę mediów, także agresję rodziców konkretnego pacjenta, jeżeli to dotyczy medycyny pediatrycznej. Czasem ta krytyka przybiera bardzo przykre formy, nawet jeżeli informacja nie dostaje się do wiadomości publicznej, tylko pozostaje w gronie środowiska medycznego i rodziny pacjenta. Te przykre rozmowy z rodziną bywają okropne”.

.

Kilka dni później w mediach euforia. Sprawa zabiegu u Zuzi wychodzi na światło dzienne, a sukces lekarzy z Prokocimia jest na ustach wszystkich. Profesor Skalski cierpliwie odpowiada na pytania, tłumaczy, skąd taki pomysł, jakie były wskazania, jak prowadzono leczenie po podłączeniu sztucznej komory. Podkreśla, że nikt wcześniej w Polsce nie wykonał takiego zabiegu na małym, zaledwie trzynastomiesięcznym dziecku. Były podobne operacje u nastolatków. U niemowlaka – nigdy.

Zuzia ma nadal sporo problemów, ale nieźle funkcjonuje jej krążenie i narządy wewnętrzne. Jedyne, co pozostaje w tej sytuacji, to czekać na przeszczep.

– Istnieje cień szansy, że po kilku miesiącach jej własne serce się zregeneruje. Jest taka ewentualność, którą bierzemy pod uwagę, a wcześniej nawet o tym nie myśleliśmy. Serce po odciążeniu zaczyna wyglądać nieco lepiej i dlatego w naszych głowach pojawił się może trochę nieuzasadniony optymizm, że jej serce ma szansę się zregenerować i ogromnie tego życzymy temu dziecku, bo nie ma lepszego serca, niż własne – mówi Skalski dziennikarzom Polskiej Agencji Prasowej.

Wszyscy cieszą się, że pomimo przeszkód udało się zdobyć i wszczepić komorę. Ale jednocześnie Zuzia jest podłączona do aparatury – nie wiadomo, jak długo będzie mogła w ten sposób funkcjonować. Badania pokazują, że najkorzystniej dla pacjenta jest zakończyć wspomaganie krążenia na sztucznej komorze przed upływem roku. Jeśli po drodze pojawią się komplikacje, ten czas może się skrócić. Co więcej, długotrwałe podłączenie dziecka do komór nie jest dla małego i słabego organizmu obojętne. Może wyrządzić dotkliwe szkody w narządach wewnętrznych.

Rodzice Zuzi przyjeżdżają do szpitala codziennie. Ich życie teraz kręci się wyłącznie wokół córeczki. Przesiadują przy jej łóżku tak długo, jak tylko mogą, całymi dniami. Stan ich dziecka nadal jest tak ciężki, że nie jest w stanie nawet się podnieść. Rodzice Zuzi marzą, żeby serce dla małej znalazło się jak najszybciej. Jest wpisana na pierwszym miejscu listy Poltransplantu. To znaczy, że jej przeszczep jest priorytetem – jeśli tylko pojawi się odpowiedni dawca, jego serce trafi do Zuzi.

Zuzia staje się oczkiem w głowie Skalskiego i całego zespołu. Wszyscy w szpitalu chuchają na nią i dmuchają, robią wszystko, żeby nie złapała żadnej infekcji, żeby była zadowolona i spokojnie doczekała do przeszczepu.

.

Profesor Skalski czuje jednak niedosyt. Przecież jeśli dla Zuzi wszczepienie komory było jednym ratunkiem, to za chwilę znajdzie się kolejne dziecko z podobnym problemem. Niezależnie, czy stanie się to w Krakowie, Warszawie, Łodzi czy Poznaniu, zawsze pojawi się ogromna przeszkoda – pieniądze.

Z Zuzią się udało. Ale co, gdyby Fundacja Radia Zet nie przekazała pieniędzy? Co, jeśli profesor, znany ze swojego uporu, w którymś momencie jednak by odpuścił? Albo gdyby nie wpłynęły pieniądze od opolskich studentów? To, że się udało, było wynikiem szczęśliwych zbiegów okoliczności. Wszyscy lekarze z Prokocimia są zdecydowani: z tą sytuacją trzeba coś zrobić. To nie może tak wyglądać – teraz, kiedy wiadomo już, że sztuczne komory da się z powodzeniem wszczepić nawet malutkiemu dziecku, potrzebne jest wprowadzenie takiej operacji do katalogu procedur kardiochirurgicznych. Do tej pory szpital, według decyzji ministra zdrowia, może dostać pieniądze za podobny zabieg, ale jedynie u dorosłego. Za operację dziecka – nie.

Skalski chce uzyskać w Ministerstwie Zdrowia dwie rzeczy – po pierwsze, żeby znalazły się pieniądze na finansowanie zakupu komór dla dzieci. Po drugie, aby resort zdrowia i Narodowy Fundusz Zdrowia pokryły także koszty samej operacji.

Profesor za pośrednictwem mediów apeluje: „Walczymy, żeby to zmienić. Skoro ministerstwo uważa, że finansowanie leczenia dzieci z wadami serca jest najważniejsze, to płaćmy także za ratowanie tych najbardziej zagrożonych”.

Ówczesna minister, Ewa Kopacz, nie mówi nie. Jednak zanim podejmie decyzję o finansowaniu, chce, żeby Skalski przedstawił szczegóły na temat leczenia tą metodą na świecie, koszty zabiegu i ewentualne efekty kliniczne. Dodatkowo profesor musi przygotować informację o możliwości zakupu komór na rynku europejskim lub światowym. To pozwoli przyporządkować wszczepienie komór do grupy „świadczeń wysokospecjalistycznych”. Stamtąd prowadzi już bardzo krótka droga do finansowania tego typu zabiegów.

Skalski ze swoim zespołem opracowują specjalny raport. Koszty, opis zabiegu, przewidywana roczna liczba pacjentów. Dokumenty trafiają do Ministerstwa Zdrowia.

Jest marzec 2010 roku. Rzecznik resortu ogłasza oficjalnie: przepisy się zmienią. Trwają ostatnie poprawki. Kiedy tylko je skończymy, wprowadzimy nowelizację.

Dzięki pionierskiemu zabiegowi u Zuzi i uporowi prokocimskich lekarzy wszystkie dzieci, które będą miały wszczepiane sztuczne komory, dostaną refundację z ministerstwa. Koszt wszczepienia takiego urządzenia to od 150 do 300 tysięcy złotych. Podobnego zabiegu potrzebuje w naszym kraju kilkoro dzieci rocznie.

Lekarze z prokocimskiej kliniki mogą świętować – udało się wywalczyć to, co jeszcze niedawno wydawało się niemożliwe.

.

Mijają miesiące, Zuzia, podłączona do sztucznej komory serca, radzi sobie coraz słabiej. Pojawiają się odleżyny od drenów, osteoporoza, zanik mięśni. Lekarze i rodzice są zaniepokojeni – wiedzą, że dziewczynka nie może czekać w nieskończoność. Specjaliści z Poltransplantu przyznają: „mamy problem ze znalezieniem dawcy”. Profesor Skalski szuka pomocy w innych krajach. Zuzia zostaje zakwalifikowana do przeszczepu w Wiedniu.

To nie jest tak, że przez te wszystkie miesiące w Polsce nie było ani jednego małego pacjenta, którego serce można byłoby przeszczepić chorej dziewczynce. Zgoda na oddanie narządów swojego dziecka jest po prostu dla rodziców bardzo trudna, wielu z nich odmawia. Nie ma, co prawda, przepisów, które nakazywałyby uzyskanie zgody na przeszczep od rodziny, ale etyka każe lekarzom za każdym razem pytać. I odpowiedź nie zawsze jest taka, jakiej by oczekiwali. Serce to wciąż tabu. Miejsce, gdzie skupiają się emocje, pasje, miłość. Cały człowiek. Lekarze tłumaczą: „to tylko pompa”. I to na dodatek łatwa do wymiany. Do wielu osób takie argumenty jednak nie trafiają.

Czasami problemy stwarzają sami lekarze.

Janusz Skalski: „Zdarza się, że rezygnacja z pobrania narządów leży w braku zdecydowanego działania lekarzy, niechętnych do zgłaszania potencjalnych dawców. W ten sposób unikają kłopotów”.

Przez to wszystko moment najważniejszej operacji Zuzi odsuwa się w czasie. Dawcy wciąż brakuje, a stan dziecka się pogarsza. Zuzia jest podłączona do aparatury przez dziesięć miesięcy. To ewenement na skalę światową – jak dotąd nikt nie był podłączony do jednej i tej samej komory przez tak długi okres. Urządzenie ma to do siebie, że po pewnym czasie funkcjonuje coraz gorzej. Mogą się zacząć wysiewać na przykład mikroskrzepliny, czyli „koreczki” z krzepnącej krwi, które mogą zatykać małe naczynia, grożąc powikłaniami neurologicznymi. Bywa tak, że trzeba wymieniać je co miesiąc. Niebezpieczne stają się wszelkie infekcje. U Zuzi sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Po pierwsze: nawet chwila odłączenia jej od aparatury wiązałaby się z gigantycznym ryzykiem. Po drugie: brakuje funduszy na nową komorę. Na szczęście ta, do której podłączona jest dziewczynka, trzyma się bardzo dobrze.

.

Listopad 2010 roku. W Gdańsku szpitalny koordynator do spraw przeszczepów w Pomorskim Centrum Traumatologii dostaje wiadomość z OIOM-u: mały pacjent na oddziale docenta Ireneusza Haponiuka zmarł, może zostać dawcą. Rozpoczyna się skomplikowana procedura. Trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście mózg dziecka przestał funkcjonować i czy jego narządy są zdrowe, zdatne do przeszczepienia. Sprawdza to komisja złożona z lekarzy wielu specjalności. Cały proces jest bardziej złożony niż w przypadku dorosłego dawcy – młody organizm ma większe możliwości regeneracyjne, dlatego komisja bada pacjenta jeszcze uważniej. Po dwóch dniach specjaliści są zgodni – można pobrać narządy. Pozostaje uzyskać zgodę rodziców.

Lekarze, nawet ci bardzo doświadczeni, boją się takiej rozmowy. To chyba najtrudniejsze w tym zawodzie. Przecież nie ma odpowiedniego sposobu, jak zapytać zrozpaczonych śmiercią dziecka rodziców o ich zgodę na pobranie jego narządów.

Ireneusz Haponiuk: „To jest ogromna tragedia dla rodziców. Tracą dziecko i zaraz potem muszą podjąć decyzję, czy oddają jego narządy komuś, kto ich potrzebuje. Trzeba niezwykłej delikatności, wyczucia i profesjonalizmu. Decyzja musi być świadoma, rodzice nie mogą jej potem żałować”.

Haponiuk sam włącza się w rozmowy z rodzicami dawcy. Mówi im: „jeśli powiecie tak, dacie szansę na uratowanie kogoś innego. Jest w Polsce małe dziecko, które potrzebuje tego serca”. Para się zgadza.

Wiadomość błyskawicznie dociera do profesora Skalskiego. W Prokocimiu radość – na taką informację czekali prawie cały rok. Z drugiej strony – niepewność. Jeszcze nigdy w krakowskiej klinice nie przeprowadzono takiego zabiegu. Nikt, oprócz samego profesora, nigdy nie wykonywał przeszczepienia serca. Ale nie ma innego wyjścia, Zuzię trzeba zoperować w Prokocimiu.

Jest środa, 3 listopada 2010 roku. W Gdańsku przy dawcy pracuje Ireneusz Haponiuk. Profesor Skalski mu ufa. Dzięki temu ma pewność, że wszystko będzie wykonane sprawne i dopięte na ostatni guzik.

Pomorski lekarz opowie później „Dziennikowi Bałtyckiemu”: „Technicznie nie jest to trudne. Wymaga tylko dużej odporności psychicznej. Serce waży jakieś 40–50 gramów. To niezwykłe przeżycie. Serce, które się wycina, bije. A na drugim końcu Polski czeka na nie śmiertelnie chore dziecko”.

Przeszczep serca to olbrzymia operacja logistyczna. Na wykonanie całego zabiegu lekarze mają maksymalnie cztery godziny – od momentu pobrania serca dawcy do chwili, gdy zacznie ono bić w piersi biorcy. Haponiuk i Skalski wiedzą, że to wbrew pozorom bardzo mało czasu, bo sam przelot z Gdańska do Krakowa zajmuje jakieś dwie godziny. Trzeba wszystko zorganizować tak, żeby nie zgubić po drodze ani minuty. Dlatego, kiedy doktor Haponiuk zaczyna wycinać serce dawcy, w porcie lotniczym w podkrakowskich Balicach czeka już karetka. W pełnej gotowości są także wszyscy na lotnisku w gdańskim Rębiechowie. Haponiuk kieruje się nauką wpojoną przez profesora Religę: kiedy stawką jest ludzkie życie, nie ma rzeczy niemożliwych. Ma w tej kwestii identyczne podejście jak Skalski, z którym przecież przed laty pracował w Zabrzu. Profesor Skalski mówi o nim: „Jest takim samym zapaleńcem jak ja. Pasjonatem – a ja takich ludzi cenię”. Cieszy się, że serce dla Zuzi znalazło się akurat w Gdańsku. Może mieć pewność, że tamtejszym lekarzom, pod kierownictwem doktora Haponiuka, można zaufać.

Do Gdańska po serce dla dziewczynki leci doktor Karol Wierzbicki, kierownik zespołu przeszczepowego w krakowskim Szpitalu im. Jana Pawła II. Ląduje na kilkanaście minut przed rozpoczęciem pobierania narządu. Tymczasem w Krakowie trwają gorączkowe przygotowania do zabiegu. Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że Uniwersytecki Szpital Dziecięcy nie ma certyfikatu zezwalającego na przeprowadzenie przeszczepu. W zespole brakuje wykwalifikowanego kardiochirurga transplantologa – a to jest warunkiem przyznania kontraktu. Gdyby profesor Skalski, przecież doskonale przygotowany do takiej operacji, wykonał ją sam, złamałby prawo. Transplantologia jest bardzo obwarowana prawnie, potrzeba wielu zgód i dokumentów, żeby dostać zezwolenie na przeprowadzanie przeszczepów. Wszystko po to, aby uniknąć wszelkich nieprawidłowości i marnowania narządów.

Jedynym miejscem, gdzie można przeszczepiać serca u dzieci, jest ośrodek zabrzański. Tylko ze względu na to, że Zuzia jest podłączona do sztucznej komory, a jej stan jest ciężki i mogłaby nie przeżyć transportu do Zabrza, Prokocim dostaje zgodę na przeszczepienie serca na miejscu, w Krakowie. Skalski musi załatwić cały szereg formalności – akceptację profesora Zembali, dyrektora Śląskiego Centrum Chorób Serca, profesora Wojciecha Rowińskiego, krajowego konsultanta do spraw transplantologii oraz profesora Janusza Wałaszewskiego, dyrektora Poltransplantu. Udaje się, ale krakowską operację musi zabezpieczać zespół zabrzański.

Ze Śląska przyjeżdża wieloletni znajomy profesora Skalskiego, doktor Roman Przybylski z Oddziału Klinicznego Kardiochirurgii i Transplantologii – ten sam, który przed laty jako pierwszy w Polsce przeszczepił serce dziecku. W sumie w cały zabieg przeprowadzany u Zuzi zaangażowanych jest około dwudziestu osób.

Kiedy krakowski zespół przygotowuje Zuzię do operacji oraz dopina wszystkie formalności, doktor Wierzbicki z sercem do przeszczepu jedzie na lotnisko. Pogoda w Gdańsku jest paskudna. Mocno pada i wieje. Start samolotu staje pod znakiem zapytania. Wtedy do akcji wkracza wojsko. Profesor Skalski powie potem: „Bez udziału wojska transplantacje serca w Polsce nie byłyby możliwe. Wiele mu zawdzięczamy”.

Zostaje podstawiony specjalny samolot, którym można latać pomimo złych warunków pogodowych. Około południa Wierzbicki bezpiecznie ląduje z sercem dla Zuzi w podkrakowskich Balicach. Na miejscu już czeka karetka i policja. W eskorcie drogówki trzeba jak najszybciej przewieźć cenny narząd do Prokocimia. Droga jest względnie prosta – należy przejechać kilkanaście kilometrów autostradą. Atmosfera jest bardzo napięta. W nerwach kierowca karetki i cała eskorta mijają właściwy zjazd z trasy w stronę szpitala. Nie da się zawrócić, a skręcenie do miasta i przedzieranie się przez ulice Krakowa zajęłoby zbyt dużo czasu. Nie mają innego wyboru – wracają pod prąd. Szczęśliwie docierają do Prokocimia. Dochodzi godzina trzynasta.

Nagle sytuacja zaczyna się komplikować i przybierać formę, jakiej nikt się nie spodziewał. Tuż przed zjazdem na blok operacyjny, stojąc przy łóżeczku Zuzi, profesor Skalski traci przytomność.

Maciej Kowalczyk: „Wszystko było gotowe, serce już było w drodze, operacja miała się zacząć za chwilę. Przyszedłem do profesora, był wesoły, szczęśliwy jak skowronek, że zaraz zabieg się zaczyna, bo to nowa epoka – przeszczepianie serca u dziecka. W kardiochirurgach jest coś ze sportowców, potrzebują adrenaliny i sukcesów. Po tej rozmowie wróciłem do gabinetu, ale oczywiście cały czas intensywnie myślałem o tym, co właśnie się dzieje. Zadzwoniłem na kardiochirurgię, żeby zapytać, jak zabieg. Usłyszałem: piętnaście minut po pana wyjściu, profesora zabrała karetka”.

Skalski trafia do krakowskiego szpitala im. Jana Pawła II. Przepracowanie i ogromny stres związany z organizacją przeszczepu serca u Zuzi dały efekty – lekarze stwierdzają u profesora rozległy zawał. Przy stole operacyjnym zastępuje go Roman Przybylski z Zabrza. Asystują mu na zmianę doktor Jacek Kołcz i doktor Tomasz Mroczek.

Lekarze zgodnie przyznają, że operacja przeszczepienia serca jest jedną z najpiękniejszych. W pustą klatkę piersiową wkłada się nowy narząd i sprawia, że ten nagle ożywa. Technicznie to umiarkowanie proste. Dopiero po zabiegu zaczynają się schody – czy serce się przyjmie, czy nie pojawią się komplikacje, czy nie będzie nadmiernego krwawienia. Przeszczep nie daje pewności, że pacjent doczeka późnej starości. Ale pozwala znacząco wydłużyć życie.

Zabieg u Zuzi trwa sześć godzin. Zespół wychodzi z sali około godziny dziewiętnastej. Wszyscy są niezwykle zmęczeni i zestresowani.

Tymczasem na drugim krańcu Krakowa lekarze walczą o życie profesora Skalskiego. Wszczepiają stenty, które mają rozszerzyć tętnicę. Zaraz po wybudzeniu Skalski… żąda wypuszczenia ze szpitala.

Mówi: „Jest już popołudnie, zespół prawdopodobnie już kończy przeszczep, ale może jeszcze zdążę. Załatwcie mi transport, taksówkę, cokolwiek”.

Szwagier Skalskiego, profesor Tadeusz Przewłocki, który uczestniczył w zabiegu, stanowczo odmawia.

– Nie rób z siebie idioty, Janusz – uśmiecha się.

Skalski będzie później wspominał: „Boże, jakie to jest udręczenie, pobyt w szpitalu, kiedy nie można wstać. Podłączyli mnie do tych kabelków rozmaitych… To było coś strasznego. Miałem ogromny żal do losu, że nie pozwolił mi zoperować Zuzi. Chciałem już do niej wracać, zobaczyć, jak się ma”.

Informacja o przeszczepie i zawale profesora obiega całe media. Telefony w szpitalu Jana Pawła II się urywają. Dzwonią dziennikarze z całej Polski, żeby dowiedzieć się czegokolwiek o jego stanie zdrowia.

„Gazeta Krakowska” pisze: „Profesor przyznaje, że jest słaby. Ale się uśmiecha. – Jestem grzecznym pacjentem i zastrzyków się nie boję – mówi prof. Skalski. – Chcę już do domu, do pracy. Ale lekarze mnie nie puszczają”.

Gazeta rozmawia też z dyrektorem Kowalczykiem, który mówi: „Kiedy się dowiedziałem, że miał zawał, pomyślałem, że wreszcie mój profesor się uspokoi, zacznie dbać o siebie. Potem zmieniłem zdanie. Ma zreperowaną tętnicę, która była zwężona, wreszcie zrobił sobie koronarografię, na którą nie miał czasu. Dopiero teraz zacznie szaleć!”

Rzeczywiście, zaledwie kilkanaście godzin po zawale, Skalski prosi żonę o przyniesienie laptopa do szpitala. Nie może już wysiedzieć w łóżku, musi robić cokolwiek pożytecznego. Zaczyna pisać kolejną pracę naukową. Kiedy wyjdzie ze szpitala, praca będzie już gotowa.

– Nie warto tracić czasu – uśmiecha się.

Do profesora przychodzą tłumy gości. Wśród nich prezydent Krakowa Jacek Majchrowski. Przynosi butelkę czerwonego wina z winnic Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dla zdrowia, bo przecież wino jest u sercowców bardzo polecane. Przychodzi też konsul amerykański z żoną. Dają Skalskiemu ogromny bukiet kwiatów, ale boją się wejść do sali. Nie chcą zawstydzić profesora, który wciąż jest słaby i w nie najlepszej formie – rozmawiają z nim przez drzwi. Skalski będzie to później wspominał z rozczuleniem.

Ale jedną z najprzyjemniejszych rzeczy jest dla profesora wizyta rodziców Zuzi. Kilka dni po operacji dziewczynki przynoszą Skalskiemu kwiaty. Uspokajają, że mała czuje się dobrze. Zaczęła się uśmiechać.

Profesor Skalski będzie potem mówił: „Chciałbym, żeby Zuzia dożyła do starości. Ogromnie jestem z nią związany. Związany jestem też i swoim życiem, dlatego że przecież o mało co żebyśmy wspólnie nie pojechali do Pana Boga. Razem byliśmy przez chwilę po drugiej stronie”.

Zaledwie pięć dni po przeszczepieniu serca Zuzi Uniwersytecki Szpital Dziecięcy organizuje konferencję. Lekarze opowiadają, jak wyglądała operacja. Podkreślają, że dziewczynka czuje się dobrze, samodzielnie je, bawi się, śmieje. Jest ulubienicą wszystkich lekarzy i pielęgniarek. Na oddziale panuje zaostrzony reżim sanitarny – nie można dopuścić, żeby mała złapała jakąkolwiek infekcję. Rodzice nie mogą się doczekać momentu, kiedy będą mogli wreszcie zabrać córkę do domu.

– To były dla nas trudne miesiące, ale nigdy nie miałam wątpliwości, że Zuzia będzie żyła – mówi podczas konferencji prasowej Wioleta Pietrzak, mama małej pacjentki.

Nie brakuje pytań o stan zdrowia profesora. Ze wszystkich stron sypią się gratulacje i podziękowania. Fundacja Radia Zet przekazuje szpitalowi czek na 600 tysięcy złotych i nowoczesny echokardiograf. I chociaż wszyscy wiedzą, że przed Zuzią jeszcze długa droga, dają się ponieść euforii. O sukcesie krakowskiego ośrodka mówią wszyscy.

Nawet po latach profesor stwierdzi: „Ja o Zuzi uwielbiam mówić. Mimo trudności, jakie wtedy wystąpiły, jest jednym z moich najpiękniejszych wspomnień”.

.

Zuzia na zawsze zostanie jedną z najbardziej znanych pacjentek prokocimskiego szpitala. Na komodzie w gabinecie profesora Skalskiego stoi miś z napisem „Berlin Heart”, na pamiątkę pierwszego wszczepienia sztucznej komory serca.

Przy biurku wisi dyplom – nagroda Złoty Skalpel 2013. To wyróżnienie przyznawane raz do roku komuś, kto przyczynił się do wprowadzenia nowej jakości w polskiej medycynie. Innowatorowi. Akurat w 2013 roku doceniono Skalskiego i jego zespół. Profesor pęka z dumy. Cieszy się, że ktoś zauważył ich osiągnięcie.

Dewizą Skalskiego jest podążanie za nowymi technologiami. Wielu lekarzy boi się nowości. Skalski – nie. Dlatego Złoty Skalpel jest dla niego bardzo ważny. Lubi się nim chwalić.

Do tej pory sztuczne komory wszczepił trzem pacjentom – Zuzi, trzyletniemu Kacprowi i sześcioletniej Ani. Wszystkie dzieci przeżyły i szczęśliwie doczekały przeszczepu.

Podczas wręczenia nagród mówi: „Wciąż są w naszym kraju procedury przewidziane dla dorosłego, a w analogicznej sytuacji dla dziecka – już nie. To rzecz wstydliwa – nie dla nas lekarzy, ale dla społeczeństwa i decydentów. Pewnego dnia stanęliśmy przed faktem, że wszczepianie komór stało się wielką odwagą dla zespołu – jeżeli to zrobimy, a nie daj Boże się nie powiedzie, to wydamy ogromne pieniądze, na które nie będziemy mieli pokrycia. To było w jakimś sensie bohaterstwo. Udało się i rozpoczęliśmy starania o to, by ta procedura została usankcjonowana. I tak zaczęła się gehenna. Ale znowu się udało i w tej chwili możemy się pochwalić, że do dnia dzisiejszego w całym kraju zostało już wykonanych ponad dwadzieścia takich operacji. Ale gdybyśmy wtedy nie spróbowali, a potem nie zawalczyli o procedury, wciąż stalibyśmy w tym samym miejscu. Na tym polegała ta nowość, za której dostrzeżenie bardzo dziękuję”.

W głowie już kołacze mu myśl, że to przecież nie koniec. Wciąż jest tyle do zrobienia. Lubi powtarzać: „musimy iść do przodu i walczyć do końca. Jeszcze was wszystkich zaskoczymy, nie raz!”

Na to nie trzeba długo czekać. Okazja do zaskoczenia pojawia się zaledwie po roku.