Skazani na hejt, czyli Facebookowe wojny

Paulina Padzik

Ktoś myśli w inny sposób niż ja, więc go zaatakuję i zobaczę, jak on odpowie. To powoduje trwanie i ciągłość tego hejtu.

facebook-15673207

Facebook coraz częściej zastępuje nam realne życie – od “spotkań” ze znajomymi na czacie, przez klikanie w “wezmę udział” w danym wydarzeniu, po wymienianie opinii pod postami znajomych. Często te wymiany zdań kończą się kłótnią, a niejednokrotnie kilkudniową batalią. O tym, co powoduje te konflikty i czy w ogóle można im zapobiegać opowiada prof. Teresa Sasińska-Klas w rozmowie z Pauliną Padzik.

Dlaczego kłótnie na Facebooku wywołują tak wielkie emocje?

Ludzie szukają kanału ujścia dla swoich emocji. Kiedyś takim miejscem były organizacje młodzieżowe, np. harcerstwo, które kanalizowały emocje – zarówno te pozytywne, jak i negatywne – poprzez zajmowanie czasu. Tych organizacji teraz brakuje, a rzeczywistość staje się coraz trudniejsza do ogarnięcia. Ogromną rolę gra też tutaj iluzoryczne poczucie anonimowości w przestrzeni internetowej, w której możemy dać wyraz swoim emocjom. Przy czym przeważają emocje negatywne, co wyraźnie zauważamy.

Chyba dzięki temu poczuciu anonimowości, możemy pozwolić sobie na więcej.

Tak, to pozwala na więcej i rozpala do silniejszej ekspresji. Media społecznościowe wyzwalają większą emocjonalność wypowiedzi, która przybiera wysoce aktywny charakter.

Skrajny wręcz.

Skrajny i to ciekawe, dlaczego tak jest. Można powiedzieć, że grupy aktywne w mediach społecznościowych same się stymulują, żeby wypowiedzi były coraz ostrzej wyrażane. Czyli hejt jest na ścieżce wzrostu, hejt ma się dzisiaj dobrze. On się nasila, nabiera znaczenia. Jaki będzie rezultat – trudno powiedzieć.

Te facebookowe kłótnie są wyzwalane przez ostatnie wydarzenia na świecie, czyli, mówiąc ogólnie, zaburzenie poczucia bezpieczeństwa? Czy może my sami się wzajemnie napędzamy?

I to, i to. Coraz trudniej zrozumieć, co się dzieje w otaczającej nas rzeczywistości i coraz trudniej odpowiedzieć na pytanie, czy coś jest dobre, czy złe. Chociażby w kwestii uchodźstwa – czy to dobrze, że ludzie uciekają z miejsc, gdzie mogą stracić pracę, studia, życie? Z jednej strony są oni – próbujący ratować swój dorobek i życie, z drugiej my – pytający, dlaczego mamy ich przyjąć? Uchodźcy mogą przenieść swój konflikt na nasze terytorium, a my tego konfliktu przecież nie chcemy. Czyli jest trudność zdiagnozowania sytuacji. Szuka się więc partnerów, którzy myślą podobnie. Albo odwrotnie – może ja błądzę, ale ktoś mi podpowie i przyjmę argumentację innej strony. Jednak to tworzy także spiralę emocjonalną. To bardzo ryzykowna sytuacja i proces, który nie wiadomo dokąd zmierza i kiedy eksploduje.

Kogo można w takim razie obarczyć poczuciem odpowiedzialności za nakręcanie tej spirali? Winne są media i sensacyjne nagłówki, które napędzają emocje?

Pierwszego winnego upatrywałabym w instytucjach władzy, bo władza ma się komunikować z obywatelami i przekazywać im treści w taki sposób, żeby były zrozumiałe. Jeśli informacja jest niepełna i w tę lukę informacyjną wkraczają media, to one na swój sposób urabiają diagnozę tej sytuacji. Jeśli są to media stabloidyzowane to zwiększają komponent emocjonalny. Media głównego szeregu będą to robiły w sposób bardziej wyważony, ale nasza uwaga kieruje się tam, gdzie jest ostrzejszy opis rzeczywistości. I te właśnie media stają się mediami kształtującymi opinię publiczną. Ludzie mają prawo nie rozumieć pewnych rzeczy, nie muszą nadążać za procesami decyzyjnymi, ale ktoś im musi to wytłumaczyć. Jeśli tego nie ma, wchodzą media i dają własną wykładnię.

Tylko nawet jeśli ktoś tłumaczy zawiłości chociażby występujące w świecie polityki, to my tego nawet nie szukamy, bo nam się nie chce. Dzisiaj przecież jest trend na informację pobieżną, szybką, najlepiej obrazkową, czyli taką, którą łatwo się przyswaja.

Dokładnie i tutaj jest pewna luka informacyjna, która zapełniana jest w sposób przypadkowy i staje się dysfunkcjonalna. Ludzie nie mają poczucia, że dany artykuł ich przekonał i wyjaśnił, co mają sądzić na dany temat. To budzi uczucie niedosytu i wtedy zaczyna się wymiana opinii.

Czy taka wymiana poglądów na Facebooku ma sens?

Tak, chociażby z punktu widzenia badań – bo wtedy wiemy, czego ten hejt dotyczy i w jakim kierunku się rozwija. Hejtu nie wyeliminujemy ze społeczeństwa. To, co nas dzisiaj niepokoi, to nie hejt sam w sobie, tylko jego skala.

Facebook sprawia, że ten hejt eskaluje?

Pozwala na to, bo nie interweniuje w proces tak, żeby go ograniczyć. Czyli eksalacja jest możliwa.

Łatwiej nam kłócić się na platformach internetowych, niż w “realu”?

Tak, bo dajemy wtedy niekontrolowane ujście swoim emocjom. W realu patrzymy sobie w oczy, obserwujemy reakcje innych i trochę się powstrzymujemy, samoograniczamy. W komunikacji zapośredniczonej, czyli internetowej, tej bariery po prostu nie ma.

Są chyba też dobre strony takich wymian opinii na fb – zanim opublikujemy post czy komentarz, mamy szansę dwa razy go przeczytać i przeanalizować na chłodno. W realu nie mamy takiej szansy – często szybciej coś powiemy niż pomyślimy. To może dobrze, że te kłótnie przenoszą się do wirtualnej rzeczywistości.

Lepiej, że konflikty znajdują ujście w komunikacji zapośredniczonej niż gdyby mieli ludzie skakać sobie do oczu. Ale gdy popatrzymy na to, co się stało w naszym kraju w ciągu ostatnich kilku dni, to widzimy, że hejt w mediach społecznościowych wzmacnia te reakcje w przestrzeni publicznej. Pełni teraz funkcję wspierającą w tym, co dzieli społeczeństwo.

A czy te poglądy wygłaszane na Facebooku są jeszcze tak naprawdę nasze? Możemy przecież łatwo sprawdzić w internecie wiele nowych faktów, szybko znaleźć badania i sprawiać wrażenie o wiele mądrzejszych niż jesteśmy w rzeczywistości.

Ta bezpośrednia konfrontacja jest bardziej ograniczona, jeśli chodzi o argumenty. W przypadku kłótni na Facebooku czy innych portalach społecznościowych, można kontynuować to argumentowanie, bo ciągle można wyszukiwać w internecie nowe fakty. Dochodzi też pewien element racjonalizacji tego hejtu – ktoś myśli w inny sposób niż ja, więc go zaatakuję i zobaczę, jak on odpowie. To powoduje trwanie i ciągłość tego hejtu.

Możemy trzy dni później zajrzeć do tego komentarza i emocje wracają.

Tak, wracamy do posta i dyskusja trwa. Więc albo znów się angażujemy albo właśnie racjonalizujemy swoje zachowanie i mówimy sobie, że trzy dni temu mnie to sprowokowało, ale teraz już się uspokoiłem, wyciszyłem.

National Geographic opublikowało ostatnio wyniki badań, z których wynika, że prezentacja poglądów na fejsbuku może sprzyjać zrywaniu przyjaźni.

To najpierw zostało zarejestrowane, gdy weszła usługa SMS. I one także służyły do tego, żeby nie tylko nawiązać, ale też zerwać kontakty.

Słynne “zerwał ze mną przez smsa”?

Tak, zrywanie znajomości przez wiadomość. Teraz doszły media społecznościowe i przejęły to na szerszą skalę. Użytkownicy sami odpowiedzieli sobie na pytanie, do czego służy im przykładowo Facebook. Czyli do komunikacji, ale także do jej ograniczania. To było trudne do przewidzenia, bo główna funkcja zarówno SMS, jak mediów społecznościowych, to funkcja emotywna, czyli podtrzymywania więzi.

Możemy zatem powiedzieć, że Facebook nas znieczula i sprzyja podziałom w społeczeństwie?

Tak. Jest funkcjonalny dla podziałów.

To może powinno się wprowadzić moderację komentarzy?

To byłoby dobre działanie edukacyjne. Ale czy ono by się przyjęło – trudno powiedzieć.

Trudno byłoby udowodnić, że ci moderatorzy są obiektywni, neutralni i że nie jest to kolejna próba ograniczenia wolności słowa.

Byłaby to próba uporządkowania chaosu, ale czy ona by się powiodła? Przestrzeń mediów społecznościowych jest nie do uregulowania i trzeba to przyjąć. Ze wszystkimi negatywnymi i pozytywnymi skutkami.