Słomiane zapały, żółwie galopy

Pod felietonem Wytrwała praca u podstaw,  tekstem mającym zachęcić do mówienia o tym, jak dzisiaj pojmujemy to pozytywistyczne hasło, czy nadal może być aktualne, jakie budzi w nas emocje i co należałoby zrobić, byśmy wyszli  z zaklętego kręgu obecnych niemożności, rozpętała się istna burza komentarzy w liczbie CZTERY (przypuszczam, że do czasu opublikowania tego, liczba ta wzrośnie do pięciu, a kto wie, czy nie dojdzie do sześciu).Wszystkie były mądre, pisane w dobrej wierze i konkretne, za co dziękuję. Lecz już za to, że tylko tyle osób zdecydowało się na zabranie głosu, nie dziękuję.

W pewnym sensie nie jestem rozczarowany dyskusją; dysputa jest rozmową, polemiką, partnerstwem myśli prowadzonych na  nieplugawym poziomie, dialogiem charakteryzującym się wymianą argumentów, my zaś zostaliśmy skutecznie odzwyczajeni od używania sensownych zdań. Gdyż wedle obowiązujących norm, ten, co zaczyna wypowiadać się merytorycznie, z mety podejrzewany jest o niemodny rozsądek i nie pasuje do obrazka.

Zapanowało luzackie podejście do rzeczywistości. Nastąpił powszechny dyktat niedojrzałego wieku. Wieku programowej abnegacji, nonszalancji i dezynwoltury.  Mamy więc powszechny infantylizm i  przewagę absurdalnych przekonań nad wiedzą i doświadczeniem, a zdrowy pomyślunek stał się zbytecznym elementem człowieczeństwa; okrzyknięto go mianem nudziarstwa, moralizowaniem, cząstką demagogicznej gawędy.

Na arenę bieżących wydarzeń wstępują ludzie nie pamiętający życia na kartki, pogoni za czymkolwiek. Słowa takie jak sprawiedliwość, wolność czy niepodległość są dla nich pustymi dźwiękami. Mają inne znaczenie, dotyczą spraw odległych, abstrakcyjnych, przebrzmiałych.

Zostaliśmy wyleczeni z odważnych kontestacji. Wtłoczono nam zatrute przekonanie, że nasze sprzeciwy są sterowane. Celowo i z premedytacją manipulowane przez wrażą opozycję.  Przez politycznych bankrutów pragnących odwetu. Miodopłynne usta przedstawicieli władz zapewniają nas, że w ten sposób nie doprowadzi się do niczego poczciwego, bo jakakolwiek retoryka buntu wzbudza w narodzie ferment.

Racja: ferment w narodzie istnieje. Ale bierze się ze znachorskiej metody sprawowania władzy. Z jej niejasnych poczynań; obywatele są zmęczeni bezsilnym patrzeniem na rozkład swojego kraju, umordowani blagierskim niedotrzymywaniem wyborczych obietnic, propagandowym słuchaniem o rzekomych konsultacjach społecznych. Są zbulwersowani ignorowaniem referendum, pospiesznym uchwalaniem ustaw nieprzystawalnych do procedur uzgodnionej lojalności. Lojalności wymuszonej przez niechcianą, a narzuconą władzę.

*

Dusi nas relatywna logika, mętna interpretacja etycznych praw, życie w  atmosferze zagrożenia, poddawanie w wątpliwość wszystkiego, co było, jest i będzie. Wkurza systematyczna praca nad zaprzepaszczaniem kulturalnego dorobku, tłamsi utrata narodowej tożsamości, przygniata obciach z nauczaniem i wychowywaniem na ćwierćinteligentów. A zwłaszcza – wrodzona niechęć do rezygnacji z tych zjawisk.

Myślenie indywidualnymi kategoriami nie licuje z obecną powagą suwerena. Liczy się myśl chóralna i zatwierdzona; jednopartyjne poglądy głoszone w imieniu pozostałych ugrupowań tylko wtedy mają szansę powstawać szybciej i z wyprzedzeniem realiów.

Ludzie odchodzących generacji wolą bezradnie przypatrywać się obecnym wydarzeniom. Narzekając po cichu, głośno i skwapliwie milczeć na zewnątrz. Siedzieć na zapiecku, czyli w niszach i zakamarkach.

Autorytety odchodzą, okopy rosną, rozum ma wychodne, a inżynier dusz katapultuje się do bezpiecznej strefy opisu idyllicznych doznań. Twierdzi (kokieteryjnie i narcystycznie), że nikt  go nie słucha, więc w imię jakiej idei ma zabierać głos, skoro przemowy ex catedra denerwują PROSTY LUD?

Tak, drażnią. Ale czy nie można bez pouczania, mentorskiego tonu, belferskich nawyków?

Literatura traci papierową koronę. Publicystyka dławi się kolejnym wyważaniem otwartych drzwi; grzęźnie w landrynkowych opowiastkach, z których nic nie wynika. Historia kurczy się do naiwnej roli fantasy, a pisarz lub dziennikarz wynajmowani są na parobków u wieśniaka.

*

Trzeba nam zacząć ab ovo; wiem, że to jedyna, świadoma i konieczna droga naprawiania pomyłek. Nie tylko w rodzinie, ale i w znacznie większych otoczeniach, bo narodowych.

Trzeba, byśmy ponownie wkroczyli na intensywną ścieżkę pracy organicznej, słyszę. Przywrócili onegdajsze uniwersytety latające. Są to jednak odgłosy wołania na puszczy, odosobnione i nieśmiałe. Lecz jakkolwiek natrętnie słuszne, a więc niedzisiejsze i wytarte od powtarzania w kółko, to przecież bez nich nie byłoby Polski.

Dawniejsi trybuni miast polemizować z tymi zjawiskami, sprzeciwiać się im, odpuszczają je sobie; nie grają w ataku, lecz na obronie, w drużynie nastawionej na klęskę. Tym samym większy jest mój sprzeciw. Moim stetryczałym zdaniem zbyt szybko zeszli do szatni (intelektualnych podziemi czy innych wież z kości słoniowej), bo mecz jeszcze trwa i wiele rzeczy da się naprawić.

Podejrzewam, a jest to podejrzenie na granicy pewności, że nikt W POJEDYNKĘ nie czuje się na siłach do wyrokowania o czymkolwiek, a tym bardziej do naprawiania tych spraw, o których wyżej. Do tego trzeba wielu ludzi, szerokiej dyskusji, do której wielokrotnie namawiałem. I będę robił to dalej.

 Wspomniany felieton „Wytwała praca u podstaw” do przeczytania tutaj.

Marek Jastrząb

Marek Jastrząb – felietonista portalu Polska ma Sens, autor cyklów „Obserwacje Marka Jastrzębia” i „Polska na tle”. Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”, drukował także w „Odrze”,  „Nowym Wyrazie” „Nowej Okolicy Poetów”, Miesięczniku Literackim”, „Faktach”, „Promocjach”, „Przekroju”, „Nowej Gazecie Literackiej”,”Poboczach”, „Kwartalniku Artystycznym” „Akancie”, „Migotaniach”, „Tyglu”, „Gazecie kulturalnej”, „BIK-u”,trzech antologiach „Ogrodu ciszy”, w e-tygodniku literacko-artystycznym pisarze.pl, oraz w „Polsce Ma Sens” i prasie lokalnej. Zamieszczał w tych pismach opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek.  Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.