Smaki przeszłości. Część druga

Witold Bereś

Wolno, bardzo powoli podnoszę kufel do ust. Czuję dziwny smak. Powiedziałbym – taki sobie. Ale wtedy na pewno jest to smak wyjątkowy.

felietonzyczliwy

Pamiętam jak dziś: jest upalne lato 1974 roku. Mam naście lat, właśnie na boiskach Niemieckiej Republiki Federalnej (tak zwano w PRL zachodnie Niemcy) polscy piłkarze łoją skórę komu popadnie. Dzień w dzień rżniemy w piłkę. Mamy tylko taniego gumiaka – skórzana piłka nawet w kategoriach drobnych przyjemności jest wtedy nieosiągalna, a boisko to klepisko z dwiema krzywymi bramkami.

Wbijanie bramek, drąc się „Lato, Szarmach, Deyna!” to przyjemność niezwykła. Ale to tylko wstęp do przyjemności … Po jakiś dwu godzinach gry, pokryci warstwą gliny i piachu, z gardłami zamienionymi w placek wysypany pieprzem, docieramy do baru „Leon”, pobliskiej drewnianej budy – kuflolotni (nazwa od regularnie latających kuflach po piwie rzucanych wieczorami przez bywalców).

We dwóch stajemy kornie w wielkiej kolejce, w dłoniach ściskając kilka drobnych zebranych od wszystkich graczy. Oni czekają na nas pod brzozą koło baru, a my czekamy, aż dopchamy się do lady i poprosimy o oranżadę. A kolejka jest gigantyczna – właśnie przywieziono wielkie, cynowe beczki „Głubczyckiego”. Barman leje powoli, piana ścieka, od kranów dochodzi wyczuwalny chłodek… Wreszcie i my dopychamy się do sprzedawcy. Ale on tylko burknie „Oranżady nie ma! A piwo nie dla dzieci!” i strzeli nas brudną ścierką, którą zabija muchy i ściera blaty kilku krzywych stolików. Niesprawiedliwość tej sytuacji bije wszystkich po oczach i stojący przed nami, mocno już zawiany pijaczek (w dwóch rękach trzyma już po dwa wielkie litrowe, szklane kufle), obraca się do nas wolno i mówiąc: „Dzieci przyszłością narodu!”, nie bacząc na grymas barmana, wręcza nam jeden z tych olbrzymów mówiąc: „Za Grzesia Latę!”. Kufel jest tak ciężki, że niesiemy go w czterech rękach, ale emocje sprawiają, że ziemia i tak tańczy nam pod nogami. Tacy mistrzowie jesteśmy! Tacy! Mamy piwo! Nasze pierwsze piwo!

Przyjaciele patrzą z podziwem. Jak oni to załatwili? I już gorączkowo wysuwają się ręce po szklany przedmiot kultu. Ale nie, najpierw zanurzą usta w chłodnej pianie ci, którzy piwo wywalczyli w wielkiej kolejce. To zwycięstwo jest więcej warte niż to ze skwaru boiska. Ba, może i więcej warte niż to polskie na boiskach w Niemczech nad Włochami?

Wolno, bardzo powoli podnoszę kufel do ust. Czuję dziwny smak. Powiedziałbym – taki sobie. Ale wtedy na pewno jest to smak wyjątkowy. Docierający do gardła chłód tego pierwszego piwnego napoju sprawi, że już nigdy, choć wielokrotnie będę pił najlepsze piwa świata, żadne nie będzie mi tak smakowało, jak rozcieńczane wodą, dość paskudne piwo z browaru w Głubczycach.

Powieść Delerma to apoteoza drobnych przyjemności. Ale nawet ten wybitny pisarz nie zrozumiałby drobnych przyjemności, które były udziałem mieszkańców Polski komunistycznej przed rokiem 1989.

w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” – sfinansowano ze środków Fundacji PZU/Partner Fundacja PZU

logo-pzu