Spin doktor strzela

Paryż XIX w. miał swego Dumasa, Warszawka drugiej połowy XX wieku – Tyrmanda. Czy polityczną Polskę wieku XXI będzie opisywał Michał Kamiński? To niewykluczone.

Witold Bereś

Paryż XIX w. miał swego Dumasa, Warszawka drugiej połowy XX wieku – Tyrmanda. Czy polityczną Polskę wieku XXI będzie opisywał Michał Kamiński? To niewykluczone.

Kamiński, eks-spin doktor PiS, a potem PO, jak mało kto rozumie kulisy polityki i mediów. Jak nikt zna życie towarzyskie i obyczajowe. W dodatku pisze całkiem, całkiem – nie tylko jak na debiutanta, ale bardzo sprawnie jak na powieść popularną. A że ubiera ją w jedyny szeroko akceptowalny dziś w literaturze kostium powieści sensacyjnej, więc ma na to ogromne szanse.

To się czyta!

*

Opowieść – formalnie sensacyjno-szpiegowska, w jakże poszukiwanym stylu political thriller. Teza po książce „Macierewicz i jego tajemnice” Tomasz Piątka nie jest jakoś szczególnie szokująca, tym bardziej, że gołym okiem widać, komu służy rosnąca izolacja polityczna Polski. Oczywiście – Moskwie.

A czy Moskwa może tu mieć agentów na rozmaitych ważnych stanowiskach, prowadzących mniej lub bardziej udane prowokacje? Co za pytanie: a czy papież jest katolikiem?

Również chwyt z podsyceniem niechęci do Innych, zwłaszcza muzułmanów, nie jest dziś niczym szokującym. Raczej należałoby spytać – jak to się stało, że nikt jeszcze Polakom nie ufundował terrorystycznego zamachu islamskiego, bo wtedy to fala antyemigranckiego hejtu uderzyłaby jak orkan Grzegorz.

(Choć z drugiej strony odpowiedź jest prosta: nikt nie ufundował, bo taniej dla kultywowania radosnych uczuć do obcokrajowców jest mieć tak udanych ministrów).

Więc powieść „15 sierpnia” Kamińskiego w kategoriach nowych, zaskakujących rozwiązań sensacyjnych nie odkrywa ciemnej strony Księżyca.

Ale też traktowanie tej książki li tylko z perspektywy literatury gatunku jest sporym błędem. Bo to jest najnormalniejsza proza obyczajowa, pokazująca życie towarzyskie, polityczne i uczuciowe w Pompejach tuż przed zagładą.

Bardzo ciekawa.

*

I nie chodzi o luksusowe dziwki (senegalska modelka przyjeżdżająca z Dubaju). Ani o opis prasy upodlonej przez zamówienia polityczne. Ani nawet o kapitalne życiorysy bohaterów. Ot, choćby producenta ogórków niejakiego Grabka, milionera zresztą. Czy Palestyńczyka Hassana, który kiedyś ukończył Uniwersytet im. Lumumby w Moskwie, a dziś pracuje dla służb Izraela.

Ale naprawdę najciekawsze – i chyba pierwszy raz tak opisane (żwawo i ze znawstwem) są relacje media-polityka

Jest tu praca kolegiów redakcyjnych w największych mediach, które podejmują merytoryczne decyzje tylko w oparciu o wyniki oglądalności programów z poprzedniego dnia. A to sprzedajni eksperci, którzy krążą po mediach komentując w takim duchu, jak im zlecili to politycy. A to bezwzględna walka w ramach jednego obozu politycznego, do której to walki przyda się sojusz nawet z najpaskudniejszym przedstawicielem obozu przeciwnego. A to telefony z tabloidów do ich ofiar na chwilę tylko przed drukiem skandalizujących tekstów – po to, by z jednej strony nikt nie mógł im zarzucić bezstronności, a z drugiej strony by dać atakowanemu jak najmniej czasu na przygotowanie obrony. I są reguły roku wyborczego, kiedy to polityk może się zatrzymywać góra w trzygwiazdkowych hotelach, a na obiad ma jeść pomidorową i to przy jednym stoliku z prostym człowiekiem. Czy prosty chwyt, aby przed spotkaniem na prowincji otrzymać teczkę z biogramami osób, z którymi trzeba rozmawiać, z uwzględnieniem ludzi wcześniej poznanych. Wtedy zdanko rzucone burmistrzowi: „Gratuluję, słyszałem, że syn dostał się na medycynę”, oznacza pozyskanie wiernego psa.

*

Ale poza kuluarami polityki jest coś jeszcze.

Nie zawsze można wnioskować o autorze z tekstu, ale nie ma nic złego w spostrzeżeniu, że ktoś, kto z taką wiedzą, by nie rzec – miłością, opisuje życie knajpiane i tak intensywnie czyta karty menu, do klubu ascetów im. Szymonka Słupnika raczej nie należy…

Jest więc sushi w restauracji na górnym Mokotowie. Jest Zakopane, gdzie sympatyczny agent GRU Pawieł Fiodorowicz: „Rozpoczął od zimnej przekąski, lekko wędzonego łososia ze śmietaną, z przepiórczym jajkiem, kawiorem i miodem pitnym (według zapewnień kelnera był to trunek własnej produkcji). Następnie z tym samym apetytem zjadł ciepłą przekąskę w postaci przepiórki z gęsią wątróbką. W dalszej kolejności przed Rosjaninem pojawił się talerz zupy chrzanowej z krokietem, a zwieńczeniem posiłku była gicz jagnięca w chrupiącej skorupce z rozmarynem. Jedzeniu towarzyszył jeden kufel prawdziwego czeskiego pilznera i kilka kieliszków śliwowicy. Uznanie obsługującego jeszcze bardziej wzrosło, gdy na jego pytanie o deser klient w bordowym golfie odpowiedział twierdząco, zamawiając tort bezowy i dodatkową śliwowicę, którą tym razem wlał do aromatycznej kawy po arabsku”.

Są i chińskie pierożki dim son. I rosyjskie bliny cienko krojone. Idealnie wysmażona pręga wołowa w sosie z czerwonego wina z szalotkami. I kaczka sous-vide na delikatnym musie z borówek (w restauracji „U Kruka” – że tam i smacznie, i podsłuch działa jak należy, nikogo nie dziwi).

I oczywiście od cholery cygar (tylko dominikańskie!), a jeszcze więcej alkoholu. Piwo, za którym się tęskni: American IPA (India Pale Ale). Albo japońskie Kirin. Z win –nowozelandzkie chardonnay „Cloudy Bay” (bo świetnie pasuje do sushi). Z napojów mocnych Bieługa Premium, zmrożona aż do bólu. A z kolorowych bourbony – tylko z Kentucky.

Ale to coś więcej niż tylko zabawa w luksus. Bo po pierwsze – szczegół jest dowodem szacunku dla czytelnika i uwiarygadnia tekst. Po drugie – to dzięki temu życiu restauracyjno-używkowemu, życie polityków jest tak boleśnie opisane. Tak się bawi, tak się bawi, e-li-ta! Jakie, kur…, ośmiorniczki? Chyba dla Greków z biedaszybów.

A jest i żart, który wchodzi lekko. Jak to na przykład opis młodej Zuzi, która w „dyskusjach coraz częściej wypowiadała opinie wskazujące na to, że polskojęzyczne media powoli sieją spustoszenie w jej czystym, polskim umyśle”. Albo turystka wypoczywająca wraz z osiemnastoletnią córką na tureckiej Rivierze i skarżąca się na plemniki pływające w basenie, które zdaniem rodzicielki były jedyną przyczyną wakacyjnej ciąży jej cnotliwej latorośli.
Ale chyba najzabawniejszy – i świadczący o autodystansie – jest opis pewnego polityka o imieniu Michał. „Znajomi parlamentarzysty byli jednak przyzwyczajeni, że przebywając z nim, pewnych anegdot i powiedzonek trzeba wysłuchiwać w nieskończoność”.

Więc właśnie cały ten anturaż obyczajowy książki Kamińskiego jest szalenie cenny. Klimat knajp. Biografie ludzkie. Dowcip polityczny.

Jasne, SSiBM (Snob Szacowny i Bardzo Mądry) tego nie załapie. Tym bardziej, że taki snob też pisze – tyle, że dla potomnych, a czytelnikiem się brzydzi (niestety – z wzajemnością). Więc SSiBM nawet gdy jest krytykiem ważnej prasy i nawet wtedy (dzięki temu?), że sam pisze powieści, musi się zżymać, gdy widzi krótkie, sprawne zdania z podmiotem i orzeczeniem, i to niekoniecznie rozdzielone kilkoma stronicami waty.

*

Niestety, kiedy książka już naprawdę się rozkręca – zostaje gwałtownie przerwana. Byłoby-ż to irytujące, gdyby nie przeczucie, że Kamiński odrobił lekcje z kultury masowej i po prostu wie, że trzeba napisać ciąg dalszy z tymi samymi bohaterami: ministrem obrony narodowej, dupowatym premierem i byłem generałem BOR.

Na szczęście wiemy, że to historia całkowicie zmyślona: nie może być przecież ministrem obrony w żadnym europejskim kraju taka szuja, jak plastycznie opisany przez Kamińskiego niejaki  Mateusz Czajka.