Stawką werdyktu TK jest wolny kraj

Krzysztof Burnetko

Jedyną kwestią do dyskusji jest najwyżej to, jakie zarzuty można będzie w przyszłości postawić prezydentowi, pani premier i innym urzędnikom państwa za ignorowanie werdyktu Trybunału – symbolem są tu zapowiedzi Beaty Szydło, że nie zgodzi się na publikację wyroku w „Dzienniku Ustaw”. A także innym osobom winnym zamachu (i to w tzw. zamiarze bezpośrednim) na porządek konstytucyjny państwa.

Tekst pochodzi z serwisu polityka.pl 

Dwanaście prywatnych osób (copyright: Jerzy Urban, rzecznik rządu PRL) spotkało się właśnie towarzysko i przy ciasteczkach oraz espresso (copyright: Patryk Jaki, młody człowiek, pełniący akurat funkcję wiceministra sprawiedliwości) wysmażyło komunikat (copyright: Beata Szydło, pani pełniąca obecnie funkcję prezesa – tyle że tylko Rady Ministrów).

Przez przypadek tylko tak się złożyło, że uczestnicy tej towarzyskiej nasiadówki to równocześnie członkowie organu państwa zwanego Trybunałem Konstytucyjnym, niegdyś nader w Polsce poważanego, ale dziś niewiele znaczącego wobec przyjęcia przez rządzącą teraz większość parlamentarną zasady, że to aktualna wola narodu przez nią wyrażana stoi ponad uchwalonym niegdyś prawem (copyright: Carl Schmitt, prezes Związku Prawników Narodowo-Socjalistycznych w pierwszych latach III Rzeszy & Kornel Morawiecki, ale też liczni politycy Prawa i Sprawiedliwości – w tym Andrzej Duda).

W komunikacie owym prywatne osoby przypomniały w zasadzie jedynie trzy stare prawdy. Po pierwsze, że w 1997 r. suweren, jakim jest naród, przyjął w drodze referendum Konstytucję Rzeczypospolitej. Po drugie, że owszem, władza ustawodawcza jest zobowiązana tworzyć prawo, lecz musi to czynić w ramach konstytucji właśnie.

Po trzecie wreszcie, że gwarantem przestrzegania konstytucji jest Trybunał Konstytucyjny. Trudno się więc dziwić, że prywatne osoby szybko doszły do wniosku, że próby ograniczania jego roli są de facto zamachem na podstawy ustrojowe państwa.

By już skończyć z dowcipkowaniem: jeśli chodzi o przegłosowaną w nocnym trybie przez Prawo i Sprawiedliwość (przy ochoczym wsparciu prezydenta) tzw. nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym z prawnego punktu widzenia wszystko było jasne od samego początku. Uznanie jej więc za niekonstytucyjną nie zaskakuje, choć skala i powaga naruszeń, precyzyjnie wypunktowana w wyroku Trybunału, wciąż szokuje.

Jedyną kwestią do dyskusji jest najwyżej to, jakie zarzuty można będzie w przyszłości postawić prezydentowi, pani premier i innym urzędnikom państwa za ignorowanie werdyktu Trybunału – symbolem są tu zapowiedzi Beaty Szydło, że nie zgodzi się na publikację wyroku w „Dzienniku Ustaw”. A także innym osobom winnym zamachu (i to w tzw. zamiarze bezpośrednim) na porządek konstytucyjny państwa.

Trybunał zaznaczył przy tym, że choćby wyrok nie został opublikowany w „Dzienniku Ustaw”, to on sam będzie go w swej pracy stosował. Podkreślił, że werdykt Trybunału nie może być zakwestionowany przez inne organy państwa. Wobec zaś stwierdzenia niekonstytucyjności nowelizacji, obowiązuje dotychczasowy stan prawny.

Tylko tyle i aż tyle. Bo tu o żadnym pozakonstytucyjnym kompromisie nie może być mowy. Stawką jest demokratyczne państwo prawa. I wolny kraj.

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego