Tak, żeby za chwilę było dobrze

Janusz Schwertner

Już miałem w głowie cały plan: syn pójdzie w moje ślady i zostanie piłkarzem. Dopiero w badaniach okazało się, że to jednak będzie córka. Teraz za nic w świecie bym jej nie zamienił nawet na całą drużynę piłkarską.

 

Jak się jest piłkarzem, i to piłkarzem ze Śląska – to się nie płacze. Nawet, gdy łzy same lecą z oczu. „Nie ma rozczulania się. Trzeba coś robić – tak, żeby za chwilę było dobrze” – mówi w rozmowie z Polska Ma Sens Dawid Szczypior. Zawodnik przez 18 lat związany z Ruchem Chorzów. A dziś ojciec, który robi wszystko, by jego córka nigdy nie poczuła się od nikogo gorsza.

Agatka urodziła się z rzadkim, rozległym znamieniem na głowie. Przez długi czas lekarze bezradnie rozkładali ręce. Teraz pojawiła się nadzieja.

TU MOŻESZ POMÓC: https://www.facebook.com/AGATKASZCZYPIOR/?fref=ts

Z Dawidem Szczypiorem, byłym piłkarzem Ruchu Chorzów, rozmawia Janusz Schwertner.

Kiedy dowiedziałeś się, że zostaniesz ojcem?

Moja kobieta zrobiła mi prezent na dzień chłopaka. Niezły, co?  Miałem właśnie wychodzić do pracy, ale najpierw Aneta wręczyła mi wynik testu ciążowego. No to z domu wyszedłem już jako ojciec.

Całe życie grałeś w piłkę. Marzyłeś o chłopcu?

No pewnie. Już miałem w głowie cały plan: syn pójdzie w moje ślady i zostanie piłkarzem. Dopiero w badaniach okazało się, że to jednak będzie córka. Teraz za nic w świecie bym jej nie zamienił nawet na całą drużynę piłkarską. Trudno, najwyżej nie będzie grała w piłkę. Ważne, żeby miała pasję, którą pokocha. Obojętne jaką. Jak będzie chciała grać na pianinie, to mnie to też pasuje. Z Anetą będziemy ją wspierać.

Przyszła na świat w maju 2015 roku. O chorobie wiedzieliście już wcześniej?

Nie, dowiedzieliśmy się o tym dopiero w pierwszej minucie jej życia. Wcześniej nie mogliśmy nawet nic podejrzewać, badania prenatalne niczego nie wykazały. Dla wszystkich było to zaskoczenie. Agatka urodziła się z dużym znamieniem na prawej części głowy. Byliśmy zaskoczeni, ale po kilku chwilach się uspokoiliśmy. Przecież medycyna poszła tak daleko do przodu, że to nie mógł być żaden wielki problem.

Okazało się inaczej. Znamię mogło nawet zagrażać jej życiu.

Tak, szybko się o tym dowiedzieliśmy. Na szczęście po pierwszej operacji , kiedy pobrano wycinek do badania, okazało się, że znamię  nie jest złośliwe i nie zagraża życiu Agatki. Jedynie nie leczone, mogłoby grozić śmiercią. My od razu podjęliśmy walkę. Chcieliśmy się tego pozbyć jak najszybciej.

Wtedy rozpoczął się koszmar. Trudno to inaczej określić.

Poświęciliśmy wszystko poszukiwaniom odpowiedniej metody leczenia. Chodziliśmy po lekarzach, klinikach, ale lekarze bezradnie rozkładali ręce. Czyli co, nic nie da się zrobić? I nagle ulga, bo trafiliśmy do świetnego specjalisty z Wrocławia. Widzieliśmy zdjęcia jednego z jego małych pacjentów, któremu udało się pomóc. Też urodził się za znamieniem, ale efekt terapii był fantastyczny. Po raz drugi pojawiła się nadzieja.

Jednak to leczenie skończyło się porażką.

Niestety, lekarz wyciął część znamienia i wykonał zabieg dermobrazji, czyli mocnego ścierania skóry. Zrobił to raz, bez efektu. Drugi raz, niestety też, mimo że zdarł już drugą warstwę skóry. Barwnik pojawił się ponownie, niestety ze zdwojoną siłą.

Trzeba było szukać kolejnej metody. Wtedy pojawiły się momenty zwątpienia?

Może raczej szoku, zdenerwowania. Ale u mnie to trwało tylko trzy dni, na samym początku. A potem trzeba było  się ogarnąć i wziąć do roboty. Tylko że my wrzucaliśmy słowa: „znamię barwnikowe” w Google i… pojawiała się pustka. Kompletna. Nikt nie wiedział, jak sobie z tym radzić. Jeździliśmy po prywatnych klinikach, najlepszych fachowcach, ale każdy rozkładał ręce. W końcu okazało się, że istnieje tylko jedna metoda: przeszczep skóry. Dla nas to był szok. Jak to przeszczep? Z Michaela Jacksona zrobili „białego”, a nie da się usunąć takiego znamienia?

Dlaczego nie chcieliście się zdecydować na przeszczep?

Bo przeszczep to są blizny do końca życia i nigdy nie dobierzesz skóry takiej samej, jak masz na buzi. Poza tym jest dziewczynką, później będzie kobietą , będzie chciała się podobać, jak każda dziewczyna.  Już teraz, gdy biorę ją do parku, to zdarzają się przypadki, że dzieci podchodzą, patrzą się i uciekają. Wiadomo, dzieci są szczerze, tego nie da się uniknąć. Na szczęście jest na tyle mała , że jeszcze nie rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. I właśnie ten czas chcemy wykorzystać na to, żeby nigdy nie musiała uczyć się tego zrozumieć. No więc ja marzę o tym, byśmy zdążyli jej pomóc, zanim stanie się całkiem świadoma. Jeśli już ma się dowiedzieć o znamieniu, to niech się o nim dowie ze starych zdjęć.

14570585_1776010459330677_3160800750190884876_o
fot. archiwum prywatne

 

Kiedy pojawiło się światełko w tunelu?

Gdy jeden z lekarzy, świetny specjalista, powiedział nam, że w Polsce leczy się takie choroby i nawet podlegają one refundacji. Tylko równocześnie nie był nam w stanie wskazać jakiegokolwiek tropu. Kto może wykonać taki zabieg? Gdzie? Która klinika? Odwiedzaliśmy kolejne miejsca, dzwoniliśmy, pisaliśmy. Skontaktowaliśmy się nawet z producentami programów telewizyjnych poświęconych medycynie. I nic, ciągle nic. Wszyscy odpowiadali, że nie są w stanie pomóc. A ten lekarz przyznał, że gdzieś w Polsce można uzyskać pomoc. Poczuliśmy się bezsilni.

W końcu uratował was Facebook.

Odnaleźliśmy specjalną grupę wsparcia, gdzie ludzie ze Stanów Zjednoczonych wymieniali się informacjami na temat tej choroby. Samej jej doświadczyli, sami wiedzieli, jak ją leczyć. Napisała do nas jedna z osób, a my opowiedzieliśmy jej historię Agatki. Poleciła nam doktora z USA – Bruce’a Bauera z Chicago. Natychmiast się z nim skontaktowaliśmy.  Potwierdził, że wykonuje odpowiednią terapię, a w dowód wysłał nam zdjęcia 30 dzieci, które operował w ciągu ostatnich dwudziestu lat. No, wtedy pojawiło się w końcu uczucie szczęścia.

Potem dowiedzieliście się, ile taka operacja kosztuje. Ponad 100 tysięcy złotych. Niemało.

I wiesz co? Wtedy już się nawet nie myśli, że to problem. To kwota bardzo wysoka i równocześnie niska. Dla nas ogromna, ale przy pomocy ludzi – wszystko jest możliwe. Coraz mocniej się o tym przekonuję.

Przez lata występowałeś jako piłkarz w barwach Ruchu Chorzów, a środowisko sportowe bywa niesamowicie zżyte. Stamtąd przyszła pierwsza pomoc?

Najpierw po prostu zamieściliśmy post na Facebooku  - napisaliśmy o naszej córce, o jej chorobie, o tym, że musimy zebrać 110 tysięcy złotych na wyjazd i leczenie w Stanach. Chcieliśmy prosić o pomoc rodzinę i znajomych. Nikt nas nie zawiódł, wręcz przeciwnie – już wtedy skala reakcji przerosła nasze oczekiwania. Wierz mi, tego nie da się zapomnieć. Odezwała się masa ludzi. I trwa to cały czas. Ciągle ktoś proponuje zbiórki, własną pomoc, wywiady. Teraz rozmawia z tobą o Agatce i to jest naprawdę niesamowite. Dostałem bardzo dużo od ludzi.

A czego dowiedziałeś się o sobie w trakcie tej walki?

Że bardzo ciężko mi prosić o pomoc innych. Cóż, wcześniej zawsze jakoś tak samemu udawało się radzić ze wszystkimi problemami. Ale przede wszystkim tego, że nie ma rzeczy niemożliwych, tym bardziej, gdy pomaga ci tak wiele osób. Jeszcze więcej dowiedziałem się o innych. Pomagają mi ludzie, którzy naprawdę mogli nie kiwnąć nawet palcem. I jeszcze jedno, największe zaskoczenie: 70-ciu procent osób, zaangażowanych w pomoc Agatce, ja w ogóle nie znam osobiście! Ktoś szepnął coś koledze, ten kolega przekazał dalej. I tak to się rozeszło. Niesłychane.

Pomógł też twój ukochany klub, Ruch Chorzów, w którym spędziłeś niemal całe życie.  

Na ludzi Ruchu mogłem liczyć od samego początku. Udało się zorganizować charytatywny mecz, wkrótce odbędzie się zbiórka pieniędzy w trakcie spotkania z Lechem Poznań. Dostałem koszulkę z autografami wszystkich piłkarzy, którą możemy zlicytować. Jestem im strasznie wdzięczny za wszystko. No i koledzy z boiska. Oni nigdy nie pozwoliliby mi się poddać. Mówili, żebym się nie przejmował, bo przecież zaraz wszyscy zbierzemy tę kasę. Przysyłali koszulki, składali autografy. Zresztą, trochę już się tego uzbierało.

Nawet koszulkę Roberta Lewandowskiego udało się wystawić na aukcję. Kto pomógł ją załatwić?

To ludzie związani z piłką. Chętnie wymieniłbym nazwiska wszystkich, którzy mi pomogli, tylko że oni raczej by tego nie chcieli. Pomagają, ale nie chcą poklasku. Piłkarze, działacze, dziennikarze sportowi. Im też wiele zawdzięczam.

W Ruchu Chorzów spędziłeś kilkanaście lat. Co zawdzięczasz piłce?

Futbol kształtuje charakter. Uczy, by się nie poddawać. Walczyć o zwycięstwo do końca. Tak sobie myślę, że dzięki piłce mam teraz więcej siły i woli walki, by pomóc córce. Na boisku spędziłem 18 lat, grałem dzień w dzień. I też były problemy, jak w życiu – i tak samo jak w życiu, trzeba było je pokonywać. Tak po prostu.

Piłkarze tacy jak ty – charakterni, ze Śląska, mają opinię największych twardzieli. Pewnie przez ten ostatni rok, choć to był najtrudniejszy rok w twoim życiu – i tak nie pozwoliłeś sobie na łzy.

Masz rację. Gdy przychodzą chwile zwątpienia czy słabości, to zaciskam zęby. Koncentruję się na walce. Nie ma żadnego siedzenia i płakania. Nie ma rozczulania się. Trzeba coś robić, trzeba kombinować. Tak, żeby za chwilę wszystko było dobrze.

materiał powstał w ramach projektu Życzliwa Polska ma Sens, sponsorowanego przez Fundację PZU

logo-pzu