Uderzenie Orgii z opóźnionym zapłonem

Katarzyna Wilk

Dochodzi do nas jak łatwo można stać się oprawcą, lub pozwolić na katowanie nas samych i zgodzić na bycie ofiarą. Uzmysławiamy też sobie, że często nie mamy tyle siły, aby widząc przemoc, zareagować i sprzeciwić się jej. „Orgia” Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak jest jak bomba z opóźnionym zapłonem, która wybucha i mocno uderza dopiero po wyjściu z teatru.

Wiktor Rubin z Jolantą Janiczak do tematu “Orgii” Piera Paolo Pasoliniego – władzy – podeszli bardzo ciekawie. I to już od samego początku. Pierwsze zdziwienie nadchodzi nawet przed rozpoczęciem spektaklu, z chwilą zajmowania miejsc na widowni przez publiczność.

Miejsca są numerowane, jednak zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Nie są ustawione w kolejności rosnącej, lecz numery są chaotycznie ułożone tak, aby osoby przychodzące razem nie siedziały blisko siebie. Na całej scenie ustawione są białe bryły różnej wysokości, na niektórych z nich ułożono krzesła. Publiczność zajmuje na nich miejsca. Siedzi się obok obcych siebie osób. Zarówno kubiki jak i taborety nie mają oparć. Przez 70 minut spektaklu jest na nich niewygodnie. Do tego cała scena jest bardzo dobrze oświetlona.

Widz jest wyeksponowany i wystawiony na spojrzenia innych. Aktorzy grają między widzami. Nie ma wyraźnego podziału na scenę i widownię, bo wszystko jest na tym samym poziomie. Publiczność nie może się skryć. Traci poczucie bycia w grupie i bycia w opozycji do aktorów. Do tego reakcje poszczególnych widzów nagrywane są za pomocą kamery i pokazywane na ekranie.

orgiafot. K. Bubrowiecka

Interakcje Doroty Androsz i Marka Tyndy z widzami początkowo są delikatne i stopniowo narastają. Pierwsze z nich mają miejsce już po kilku kwestiach wypowiedzianych przez aktorów. Kobieta przechodząc po scenie subtelnie muska widzów, delikatnie dotyka ich ramion. Chwyta za dłoń, poprawia ich ubranie. Widzowie reagują na jej zagrania pozytywnie , są zdziwieni, ale i rozbawieni. Na ich twarzach widać delikatne uśmiechy. Jednak w tym samym momencie pojawia się też napięcie i oczekiwanie na to, co wydarzy się dalej. Pierwsze minuty spektaklu i chwile zaraz przed nim, czyli zajmowanie miejsc na widowni, uświadamia widzowi, że on też będzie grać w nim jakąś rolę i powoduje, że spodziewa się i czeka na następne interakcje.

Wraz z rozwojem akcji utworu i narastającym napięciem w dialogach między Kobietą a Mężczyzną aktorzy pozwalają sobie na więcej w stosunku do publiczności. Dorota Androsz prosi o pomoc przy ubieraniu sukienki, czasem traktuje widzów jak przedmiot, kiedy musi ich przesunąć, żeby wyciągnąć z kubika elementy garderoby, w które później się przebiera. Napięcie między aktorami a publicznością nie wytwarza się jedynie przez angażowanie widzów za pomocą gestów oraz przekraczanie granicy cielesności i zaburzanie fizycznego komfortu. Aktorzy wypowiadają swoje kwestie kierując je do poszczególnych osób, a nie jedynie do siebie nawzajem. Widz nie tylko jest wciągnięty przez nich w historię, którą przedstawiają, ale jest jej twórczym elementem. Przebieg spektaklu zależy również od publiczności i tego jak zareaguje na aktywność aktorów.

Pod koniec epizodu drugiego w dramacie Pasoliniego Kobieta mówi: „Możesz ze mną zrobić co zechcesz. Zawsze się ciebie bałam” , na co Mężczyzna odpowiada: „To dobrze” . W tym momencie na scenie światła zostają przygaszone. W dramacie po drugim epizodzie odbywa się brutalny gwałt Mężczyzny na Kobiecie. W inscenizacji Rubina i Janiczak to moment, w którym Androsz i Tynda najbardziej przekraczają strefę komfortu widzów. Po wygaszeniu świateł Mężczyzna w zupełnej ciszy klęka przed kobietą siedzącą na kubiku, patrzy się prosto w jej oczy i delikatnie gładzi jej rękę. Trzymając się za dłonie prowadzi kobietę na środek i sadza ją na kolanach zupełnie obcego jej widza, a jego rękę kładzie na jej piersi. Następnie podchodzi do kolejnych osób z publiczności.

Aktorzy sadzają obok siebie i łączą w pary kobiety z mężczyznami, osoby tej samej płci, takie, które dzieli duża różnica wiekowa i te, które mają tyle samo lat, ustawiają je w intymnych sytuacjach. Zbliżają ich głowy ku sobie, kładą dłonie na udach „partnera”, a nawet w tak osobistych miejscach jak pośladki i piersi. Aktorzy tworzą na środku sceny ludzką piramidę z ludzi. Niektórzy stoją, inni siedzą, każdy dotyka kogoś innego. Po ustawieniu publiczności światła gasną całkowicie, a to, co dzieje się na scenie, można oglądać za pomocą wyświetlanego obrazu na telewizorach z kamery, którą trzyma Mężczyzna.

Kobieta w tym czasie ociera się o widzów, szepcze im do ucha, splata ich dłonie, nachyla ku sobie, szczęka zębami blisko twarzy. Wszystko to, dzieje się w idealnej ciszy i pełnym napięciu. Nikt Jednak nie reaguje, nie rusza się, widzowie wracają na swoje miejsca dopiero, gdy Kobieta wybiega ze sceny do pozostałych pomieszczeń przy Czarnej Sali. Widzowie, którzy byli „układani” przez aktorów, nie protestowali. Biernie poddawali się działaniom Kobiety i Mężczyzny. Na spektaklu pokazywanym w ramach Festiwalu Boska Komedia w Krakowie nikt nie sprzeciwił się aktorom. Na udostępnionym nagraniu sztuki widzimy, że zrobiła to jedna osoba. Gdy Kobieta podeszła do starszego mężczyzny i chciała prawdopodobnie poprowadzić go do tworzonego „pomnika”, ten powiedział głośno: „Ja nie!”, co wywołało salwy śmiechu u pozostałej części widowni. W wywiadzie przeprowadzonym przez Igę Gańczarczyk dla „Didaskaliów”, Wiktor Rubin i Jolanta Janiczak opowiadali o skrajnie różnych reakcjach widzów na ich spektakl. Niektórzy doskonale odnajdywali się w takiej konwencji i sami prowokowali aktorów, by do nich podeszli, wykazywali inicjatywę. Inni zaś byli zbulwersowani tym, co dzieje się na scenie.

orgia2fot. K. Bubrowiecka

„Kiedyś jedna dziewczyna wstała i zaczęła krzyczeć na ludzi, że są idiotami, że dają sobą tak manipulować, że to jest straszne, co ze sobą robią” – mówił Wiktor Rubin. „Inna wstała i zaatakowała ją, rzucając „to po cholerę przychodzisz na Orgię? Nie wiesz, na jaki spektakl przychodzisz? Po co się w ogóle odzywasz?” Widzowie opowiedzieli się po stronie jednej, bądź drugiej, zostały zawiązane sojusze” – dodała Jolanta Janiczak. Początkowo przełamywanie granic przez aktorów i próba zaktywizowania widzów spotyka się z oporem publiczności. Czasem widzowie nie dowierzają temu, że mają wykonać określone zadanie, powtórzyć tekst za aktorem, pomóc w zapięciu sukienki. Nie wiedzą, czy podjęcie przez nich jakiegoś działania jest oczekiwane i planowane, czy nie ośmieszą się przed innymi, jeśli zrobią coś nieodpowiedniego. Z każdą chwilą trwania spektaklu jego formuła staje się dla widza coraz bardziej jasna, i z łatwością pozwala aktorom na interakcje.

Pierwsza część spektaklu obfituje w kooperacyjne działania aktora z widzem. Mimo że nastrój początkowych scen jest zdecydowanie bardzo napięty, a słowa wypowiadane przez Kobietę i Mężczyznę dosadne i brutalne, to można wyczuć atmosferę zabawy i oczekiwania. Czasem zabawna reakcja widzów wywołana interakcjami w stosunku do drastycznego języka dramatu i jego tematyki może wydawać się absurdalna. Jednak nastrój ten ulega diametralnej zmianie z chwilą przejścia do IV epizodu dramatu. W tej części Kobieta po brutalnym gwałcie mówi przejmujący monolog, zasypuje nas strumieniem swoich myśli wywołanych przez agresję i brutalny gwałt Mężczyzny na niej. W konsekwencji popełnia samobójstwo, zabijając wcześniej swoje dzieci. Dorocie Androsz udało się przenieść myśli widzów skumulowane wokół interakcji z aktorami, na tor refleksji i współczucia. Jednak ta chwila zadumy zostaje szybko przerwana, bo przychodzi pora na epizod V.

Ostatnia część dramatu Pasoliniego rozgrywa się między nowo poznaną Dziewczyną a Mężczyzną. Janiczak i Rubin zdecydowali, że nie będą angażować trzeciego aktora, lecz Dziewczynę zagra dosłownie nieznajoma. Przypadkowa kobieta zasiadająca na widowni . Mężczyzna prosi ją do tańca, ta bez żadnych oporów wstaje i zaczynają kołysać się w rytm muzyki. Widać, że kobieta czuje się bardziej swobodnie, zdążyła oswoić się już z konwencją spektaklu. Marek Tynda wręcza jej fragment scenariusza i pani od razu wie, że ma zagrać rolę Dziewczyny. Zaczyna czytać dialog. Mężczyzna w międzyczasie ściągnął koszulkę i występuje z nagim torsem. Wyraźnie widać, że sytuacja zaczyna sprawiać kobiecie dyskomfort i że jest zakłopotana. „Musi przełamać wstyd i zażenowanie spowodowane nie tylko przydzielonym jej zadaniem, ale także samym dialogiem, w którym mężczyzna upokarza ją i wyzywa, czyni z niej przedmiot swojego pożądania” jak pisze Monika Żółkoś w „Didaskaliach”. Do tego Marek Tynda obejmuje ją, dotyka jej ud, bioder, ociera się o nią. Publiczności biernie się temu przygląda.

Kiedy kobieta z widowni i aktor wypowiadają słowa postaci z dramatu Pasoliniego, Dziewczyna: „Pomocy!” , Mężczyzna: „Wystarczy mi twój nieudawany strach” wydaje się, że równie dobrze mógłby to być dialog nie tyle bohaterów „Orgii”, ile anonimowej kobiety z widowni i aktora, który zmusza ją do grania w spektaklu. W cytowanym już tu wywiadzie twórcy spektaklu mówią, że na trzydzieści spektakli zagranych do tamtej pory, za każdym razem kobiety z widowni przyjmowały rolę Dziewczyny . Nie trzeba dziwić się tym wynikom. Dużo trudniej jest się sprzeciwić i nie zgodzić na interakcję, kiedy tylko jedna osoba zostaje do niej zaproszona i to od niej zależy czy spektakl będzie mieć dalszy przebieg. Zaskakujące jest też, że pozostałe osoby na widowni nie próbowały się sprzeciwić. Co w kontekście całego spektaklu można odbierać jako przyzwolenie na przemoc.

Duet Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak podszedł w ciekawy sposób do realizacji tematu władzy w społeczeństwie. Nie ograniczył się do przedstawienia tekstu Piera Paola Pasoliniego na scenie. Twórcy chcieli dać widzom możliwość odczucia na własnej skórze tego, jak łatwo można kogoś zniewolić i stać się oprawcą, ale też, że czasem bez świadomości pozwalamy sobą zawładnąć i stajemy się biernymi ofiarami. Udało się to osiągnąć dzięki strategicznym i konsekwentnym działaniom. Od rozsadzenia publiczności i pozbawienia jej komfortu bycia w grupie, zniwelowania czwartej ściany i wystawieniu widzów bezpośrednio na działania aktorów, dokładnego oświetlenia publiczności.

Aktorzy stopniowo oswajali widzów z interakcjami. Zaczynali od bardzo dyskretnych dotknięć, w fazie kulminacyjnej dochodziło do dotykania się nawzajem obcych osób w intymnych miejscach i wulgarnych słów rzucanych w stronę kobiety z publiczności grającej Dziewczynę. Widzowie z zaskakującą łatwością poddawali się wszystkim działaniom podejmowanym przez Dorotę Androsz i Marka Tyndę. Może mieć na to wpływ fakt, że czuli się bezpieczni ze względu na miejsce, w którym odbywa się przedstawienie – teatr instytucjonalny, w którym teoretycznie nikt nie powinien zostać skrzywdzony.

Drugim czynnikiem może być obawa przed zepsuciem spektaklu. Początkowo powoduje ona bierność widza, gdy nie wiadomo, czy powinien się angażować, czy też nie. Gdy formuła spektaklu staje się jasna, wchodzi w interakcje z tego samego powodu. Można odnieść wrażenie, że przez skumulowanie performatywnych działań aktorów, widz jedynie z zaciekawieniem czeka na dalszy rozwój wydarzeń, nie przyswajając tego, co najważniejsze – tematu i problematyki „Orgii”. Tekst dramatu stanowi jedynie tło dla interakcji i jego sens gubi się w oczekiwaniu na więcej. I tak w większości przypadków się dzieje. Jednak po wyjściu ze spektaklu widzowie łączą się w grupy, z którymi przyszli do teatru i wymieniają się spostrzeżeniami.

Czasami pary mają pretensje do siebie nawzajem, że pozwolili sobie na zbyt wiele i nie przerwali interakcji, i odwrotnie, że tamci nie zareagowali i nie stanęli w ich obronie. Pojawia się zdziwienie i niedowierzanie: „jak mogliśmy przyzwolić, żeby robiono z nami, coś takiego?”. I tak naprawdę dopiero uderza przemoc tego spektaklu. Do widzów dochodzi, że byli jak marionetki w rękach aktorów, choć mogli na to nie wyrazić zgody. Ta refleksja łączy się z tekstem sztuki, przejmującym monologiem Kobiety z epizodu IV, wulgarnym i brutalnym dialogiem z początkowej części i publiczność i uzmysławiamy sobie , co przez ostatnie 70 minut starali się przekazać nam aktorzy i twórcy spektaklu. Że przemoc i władza jest wszechobecna, nie da się z niej wyzwolić. Dochodzi do nas jak łatwo można stać się oprawcą, lub pozwolić na katowanie nas samych i zgodzić na bycie ofiarą. Uzmysławiamy też sobie, że często nie mamy tyle siły, aby widząc przemoc, zareagować i sprzeciwić się jej. „Orgia” Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak jest jak bomba z opóźnionym zapłonem, która wybucha i mocno uderza dopiero po wyjściu z teatru.

“Orgia”
Miejsce premiery: Teatr Wybrzeże Gdańsk, Czarna Sala
Premiera: 2010-04-24
Reżyser: Wiktor Rubin
Dramaturżka: Jolanta Janiczak
Przekład: Ewa Bal
Scenografia: Mirek Kaczmarek
Obsada: Dorota Androsz, Marek Tynda

W materiale użyto fragment wywiadu: Jolanta Janiczak, Wiktor Rubin, „W poszukiwaniu realności”, rozmowę przepr. Iga Gańczarczyk, Didaskalia 2011