Multimedialne Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu. „Nowe życie muzyki”

Katarzyna Kojzar

W oczy rzuca się neon. Jest niebiesko-żółty, sporych rozmiarów. Ogromne „witamy” i drobniejsze „ w stolicy polskiej piosenki”. Nie sposób go nie zauważyć. Zdjęcie robi sobie przy nim chyba każdy, kto odwiedza opolskie Muzeum Polskiej Piosenki – pierwsze takie miejsce w Polsce, a może nawet w Europie.

Jedziemy do Opola z Krakowa, specjalnie na otwarcie Muzeum. Po drodze przeglądamy zdjęcia z materiałów prasowych – wszystko wygląda zachęcająco. Neony, wielkie ekrany dotykowe, sala nagraniowa, stare gramofony, upozorowana garderoba gwiazd.
Garść suchych faktów: 1700 metrów kwadratowych, 12 pracowników, początek pracy nad muzeum w 2007 roku. Koszt: około 19 milionów złotych.

Do muzeum, prosto z trasy, trafiamy bez problemu. W końcu wszystko znajduje się pod widownią Amfiteatru Tysiąclecia – czyli chyba najbardziej znanej budowli w Opolu. To tutaj, od 1963 roku, odbywa się Krajowy Festiwal Polskiej Piosenki (KFPP). Trochę czuć ten festiwalowy klimat. Wystarczy zamknąć na chwilę oczy, żeby wyobrazić sobie, ile gwiazd przewinęło się przez tę scenę. Ile karier się tu zaczęło, ile piosenek zagrano po raz pierwszy. W głowach większości Polaków (a szczególnie w głowach polskich artystów) Opole równa się festiwal. Ale o tym zaraz.

fot. Katarzyna Kojzar
fot. materiały prasowe

Zwiedzanie

Wchodzimy przez szklane drzwi. Po lewej – schody prowadzące do głównej części Amfiteatru. Po prawej – przyciemniony korytarz, rozświetlony głównie przez neony z cytatami z polskich piosenek. „Nie zadzieraj nosa”, „Wypijmy za błędy”, „Poszłabym za tobą” – to wszystko miga nad naszymi głowami. Zostajemy wyposażeni w audioguide’y (czyli elektronicznego przewodnika, dzięki któremu będziemy wiedzieć, co aktualnie oglądamy i usłyszymy wszystkie nagrania na ekspozycji) za słuchawkami. – Miejcie je cały czas na uszach – instruuje pan z obsługi.

Kiedy mijamy neony, włączamy posłusznie audioguide’y i docieramy do kurtyny. Za nią w naszych uszach rozlegają się oklaski festiwalowej publiczności – na powitanie.

Wnętrze Muzeum Polskiej Piosenki jest bardzo nowoczesne. Ściany, sufit, podłogi – wszystko białe i pachnie nowością. Pod stopami śledzimy strzałki, które pokazują kierunek zwiedzania. Ale to chyba jedyny element typowo muzealny – nie ma tu napisów „nie dotykać”, znudzonych pań pilnujących eksponatów czy zakazów fotografowania. Obsługa wręcz zachęca do poruszania eksponatami, uruchamiania starych gramofonów czy wyjmowania płyt z opakowań. – Kiedy trzy lata temu zostałem dyrektorem całego przedsięwzięcia, buntowałem się przeciwko słowu „muzeum”. Mówiłem: może galeria? Ale w końcu uznaliśmy, że kiedy przyjeżdża się do nowego miasta jako turysta, wpisuje się w wyszukiwarce „muzeum”, bo za hasłem galeria może kryć się ściana z trzema obrazami – tłumaczy nam dyrektor placówki, Jarosław Wasik.– Ale nie spodziewajcie się tutaj „muzealnośći” w stereotypowym tego słowa znaczeniu – dodaje.

fot. Katarzyna Kojzar
fot. materiały prasowe

Na sam początek krótka wycieczka przez odtwarzacze. Jest między innymi stuletni gramofon, radioodbiornik Kasprzak i discman. Film na pierwszym ekranie pokazuje, jak powstaje płyta winylowa.

Dalej zaczynają się „muzyczne fale”, czyli cała ściana z wizerunkami artystów i dotykowymi ekranami. Oglądamy przeboje z przedwojennego kina i występy Hanki Ordonówny. „Miłość ci wszystko wybaczy” – trzęsącym głosem odśpiewuje legendarna piosenkarka. Dalej jest jeszcze ciekawiej – nagranie z pierwszego Międzynarodowego Festiwalu Jazzowego w Sopocie (rok 1956, „w barwnym pochodzie muzyków jazzowych pojawiło się kilku łobuzów z transparentami” – komentuje narratorka), Wiesław Gołas w repertuarze Kabaretu Starszych Panów, koncerty „emancypantek bigbitu”, czyli Filipinek, największe przeboje Czesława Niemena. Zatrzymujemy się przynajmniej na kilka minut przy każdym z ekranów, bo, mimo że to zupełnie nie nasze czasy i nie nasza muzyka, wszystko jest fascynujące. Dobieramy się w pary i tańczymy do piosenek gwiazdy lat 60-tych, Heleny Majdaniec, a potem oglądamy nagrania z pierwszych festiwali w Opolu i Jarocinie. W strefie gramofonów głowimy się nad tym, jak je uruchomić (bo można!) i słuchamy trzeszczących szlagierów Maryli Rodowicz. Mijamy fortepian (producent: Ed. Seiler. Data produkcji: 1919), który wykorzystano podczas drugiego KFPP, 52 lata temu.

Muzyczna fala zajmuje też przeciwległą ścianę, gdzie na jednym z ekranów dwóch młodych dziennikarzy – Wojciech Mann i Marek Niedźwiecki – przedstawia początkującą wokalistkę Małgorzatę Ostrowską. Dalej Kasia Nosowska odśpiewuje „Moją i Twoją nadzieję”, słychać też Brodkę i Kaliber 44. Przystajemy na chwilę i dyskutujemy. Wniosek: w tym całym spectrum coś byśmy jeszcze dodali. – Brakuje muzyki alternatywnej – kręcimy nosami.

Strzałki każą nam iść na górę, białymi schodami. Tam można usiąść w muzycznej kuli – czyli malutkim pokoju, gdzie wyświetlane są krótkie dokumenty pt. „Historia jednego przeboju”.

fot. Katarzyna Kojzar
fot. materiały prasowe

Ale ja ciągnę do innego pomieszczenia – garderoby, w której wiszą kreacje gwiazd z ich najsłynniejszych koncertów i występów festiwalowych. Obok, dzięki najnowszym technologiom, można wirtualnie przymierzyć niektóre z nich. Na wielkim ekranie, dzięki specjalnym kamerom, widzę się jak w lustrze. Z listy wybieram przaśną i zbyt kolorową sukienkę Majki Jeżowskiej. Kreacja momentalnie na wirtualnym obrazie dopasowuje się do mnie. Jeden klik – robię sobie zdjęcie w takim przebraniu. Drugi – wysyłam je mailem, na pamiątkę.

Na koniec największa atrakcja, jak zapewniają nas panowie z obsługi. Trafiamy do małej kabiny nagraniowej, gdzie możemy odśpiewać swoją wersję jednej z proponowanych piosenek. Wybór jest ogromny. Klikamy w „Mr Lennon” zespołu Universe i zawodzimy w rytm muzyki: „Dżonyyyyyy”…

Rys o piosence

Krótka historia Muzeum: w 2009 roku zaczęto pierwsze działania, w tym zajęcia z muzyki dla dzieciaków, potem zwolniono pierwszą dyrektorkę, zatrudniono Jarosława Wasika. Brakowało pieniędzy na dokończenie wnętrza i wyposażenie ekspozycji. Dodatkowo trzeba było zdobyć licencje na publiczne prezentowanie archiwalnych nagrań i odtwarzanie piosenek. Trwały dyskusje nad kształtem ekspozycji. Dyrektor Wasik powtarza, co usłyszał od autorki projektu wystawy, Danuty Słomczyńskiej: „Panie Jarku, robimy rys o polskiej piosence. Nie encyklopedię”. Szybko zrozumiał, że encyklopedii nie stworzą nigdy, bo przeszkodą są chociażby kwestie praw autorskich. Na szczęście niektóre firmy fonograficzne zgodziły się udostępnić nagrania za darmo – w sumie ponad 400 teledysków. Finansowo pomogło miasto i szereg darczyńców. Nad wszystkim czuwa Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wreszcie, po latach, można było z dumą ogłosić – pod koniec sierpnia otwieramy.

„Takie muzeum nie mogło powstać nigdzie indziej” – chwalą się lokalne media. Postanawiam dowiedzieć się, dlaczego. I czy podobnie myślą ci, którzy Opolu zawdzięczają swoje kariery.

fot. Katarzyna Kojzar
fot. materiały prasowe

Festiwal

- Przecież Opole to Festiwal, więc jednocześnie polska piosenka – mówi Małgorzata Ostrowska, która razem z zespołem Lombard podbiła KFPP 1983 piosenką „Szklana Pogoda”. – Mam oczywiście w pamięci lepsze i gorsze czasy festiwalu, wzloty i upadki, momenty, kiedy było tu fajne towarzystwo i chwile, kiedy go brakowało. Pamiętam mieszkanie w akademikach przy Oleskiej i imprezy do białego rana. Opole to piosenka. Dlatego dobrze, że muzeum jest właśnie tu – podkreśla.

W Opolu zawiązała się grupa rockowa TSA. Pytam więc o zdanie ich wokalistę, Marka Piekarczyka. – TSA to moje pierwsze skojarzenie z Opolem, oczywiście. Przyjeżdżałem tu z Bochni stopem na próby. Nagrywaliśmy i promowaliśmy nasze płyty właśnie tutaj – wspomina. Wokaliście, dzięki TSA, Opole automatycznie przynosi na myśl muzykę. Choć, oczywiście, KFPP uzupełnia wizerunek „stolicy polskiej piosenki”. – W czasie festiwalu zdarzało się, że imprezowaliśmy przez całe noce. Pamiętam, jak wyszliśmy z knajpy o 7:30, nie mając pojęcia, że już jest rano. Mieliśmy zasłonięte okna, w pomieszczeniu panował mrok. A tutaj jasno, auta jeżdżą, ludzie biegną do roboty – opowiada.

- Kiedy pierwszy raz byłem na Festiwalu Opolskim, Rysiek Rynkowski podbijał publiczność swoją piosenką „Wypijmy za błędy”. To była końcówka lat 80-tych, występowałem razem z zespołem z Piwnicy Pod Baranami – wspomina Grzegorz Turnau, kiedy zagaduję go o piosenki i o Opole. – Ważne jest to, żeby przypominać źródła festiwalu. Pierwotną koncepcją była chęć prezentacji muzyki nieklasycznej, a jednocześnie wartościowej i mającej swój charakter. Była to próba uznania piosenki za równoprawny gatunek, co operetka, divertimento czy cantata. To także miało pokazać inną gałąź twórczości poetów, co świetnie obrazują sukcesy opolskie Ewy Demarczyk czy Marka Grechuty. Festiwal później ewoluował w stronę koncertu mającego wypromować przebój lata, ale warto pamiętać, że z założenia miał nadawać piosence pewną rangę, równą innym dziełom – wyjaśnia.

fot. Katarzyna Kojzar
fot. materiały prasowe

Ze wspomnień zza kulis ma takie: noc, po koncertach wszyscy artyści poszli na kolację do restauracji Starka, nad samą Odrą. Okazało się, że w lokalu jest pianino. Naturalnie w którymś momencie Turnau siadł przy klawiszach. Do piątej rano grali i śpiewali z Marylą Rodowicz jej najstarsze piosenki.

- Ale ja do artystycznej społeczności Opola dołączyłem w latach 90-tych, czyli już po tych najbardziej szalonych czasach. Właśnie, może o takie wspomnienia zapyta pani Marylę Rodowicz? – sugeruje.

Piosenkarka jest uznawana na symbol Festiwalu. Po raz pierwszy wystąpiła tutaj w 1968 roku na koncercie debiutantów i nie wspomina tego zbyt szczęśliwie ( – To był czas, kiedy śpiewałam w klubie studenckim na AWF-ie do tańca big-beatowe kawałki, covery Rolling Stonesów, Beatlesów, a tu przydzielili mi walczyka, którego kompletnie nie czułam. Porażka – tłumaczy, gdy dopytuję o szczegóły). Mimo wszystko przez kolejne lata przyjeżdżała tu niemal co roku, stając się najbardziej znaną polską wokalistką.

- Pomijając debiut to było zawsze dla mnie wielkie wyróżnienie: być w Opolu. Chociaż warunki były, jakie były. Dwie garderoby, damska i męska. Wszyscy razem, siedzieliśmy sobie na głowach. Trudno się było dopchać do charakteryzatorek. Ostatnie poprawki robiło się w toalecie, przy okazji się rozśpiewując, bo był fajny pogłos. – wspomina. Od razu przypomina jej się hotel Opole, ówczesna siedziba festiwalowych gwiazd. – Tamtejsza restauracja pękała w szwach. Łączyliśmy stoły, żeby pogadać, pośpiewać. Często kończyliśmy zabawę nad ranem kilka godzin przed próbą. W amfiteatrze marzyliśmy o kefirze i bułce. Jak rzucali frankfurterki, to było święto – opowiada.
O Muzeum mówi: to fantastyczna inicjatywa, na którą Opole zasługuje.

Wtóruje jej Turnau. Jeszcze nie widział ekspozycji, ale już planuje, co przekaże na wystawę. – To brzmi dość groźnie, że powoli oddaję się do muzeum. Na szczęście czuję się dobrze, więc nie stanę się tylko eksponatem – śmieje się. – Uważam, że cyfryzowanie wartościowych rzeczy jest zawsze dobrym pomysłem. Dzięki temu muzeum nie będzie zbiorem owadów w bursztynie, a czymś, co da nowe życie muzyce. A naprawdę mamy wielu twórców, których warto wspominać – dodaje.

fot. Katarzyna Kojzar
fot. materiały prasowe

Przed wyjściem

Wychodząc z Muzeum spotykamy jednego z najbardziej znanych opolskich konferansjerów, dziennikarza muzycznego Artura Orzecha. – Godzina to za mało na zwiedzanie, można tu spędzić cały dzień – uśmiecha się do nas i opowiada, że to właśnie tu, w Opolu, nauczył się konferansjerki, debiutując w 1994 roku. A teraz prowadzi koncert z okazji otwarcia muzeum i jest narratorem filmu dokumentalnego, wyświetlanego w muzealnej sali kinowej. Zachęca, żebyśmy jeszcze kiedyś wrócili i dokładnie obejrzeli całą ekspozycję. Zapewniamy go, że wrócimy. Bo naprawdę warto.