Wigilia w Radomiu

Daniel Olczykowski

Chcesz się napić? – zesztywniałem – Polak Polaka tak nie pyta.

Powiedzmy, że noc, miasto, alkohol i kłębiący się pod sufitem papierosowy dym. W głośnikach gra Joy Division, taka noc, że barman też pijany. Wszyscy barmani władający wszystkimi barowymi głośnikami świata zawsze są pijani. Ostatni dzień, jutro wigilia, po niej boże narodzenie i wszystko od nowa, to nie sylwester wyznacza koniec i początek. Miasto roześmiane, rozświetlone świąteczną iluminacją.

Wszędzie jasno i wesoło, ale nie u nas, nie w Cornelli. Barman, a jednocześnie właściciel knajpy, nie zadbał, a może przeszło mu przez myśl i stwierdził, że pierdoli, w każdym razie finał jest taki, że w lokalu świąt nie ma. Czuć, namacalnie czuć, że to już, że za chwilę, wszyscy jakoś tak w miarę ubrani, jacyś tacy radośni, podniośli, jakoś tak inaczej niż zwykle, światło jest w nas.. Dokonajmy zatem zemsty na barmanie, wówczas rozmaite braki wynagradzał nam alkohol, teraz, po latach, nie rekompensuje ich nic, jest puste miejsce, które należy wypełnić, załóżmy zatem Barmanowi na głowę czapkę Mikołaja, zemsta jest słodka, a bramki są dwie. Czterdziesto – pięcioletni, pijany, w szaliku (lubił nie grzać w lokalu, zwłaszcza zimą) i w czapce św. Mikołaja, z obowiązkowym papierosem w ustach, lał piwo i wódkę – będzie mu wybaczone. Człowiek, którego historia domaga się opowiedzenia, z pewnością tak właśnie się stanie, ale jeszcze nie dziś.

Radom. Świąteczny Radom.

Miasto, które, jak się jednemu pisarzowi napisało: nigdy nie było poematem, nawet o wschodzie słońca. Mylił się ów wybitny pisarz, to nie jest tak, że nie rozumiał Radomia, może po prostu do niego nie dojrzał, dość młodo odpłynął do Argentyny, nie zdążył. Nie on jeden. Wielu, wielu artystów kwestionowało zasadność istnienia tego miasta, wielokrotnie przepowiadano ostateczne rozwiązanie problemu, niejeden palec niejednej ręki wciskał już czerwony guzik zagłady. A Radom trwa. Ignoruje szczeniackie wymachiwanie piąstkami w jego stronę, odwraca głowę i się uśmiecha, bo przecież święta.

Jak kochać mam i jak cierpieć, powiedz,

Z dala od mego miasta.

Jak chwytać dzień i jak płoszyć mrok,

Z dala od mego miasta.

Opowiedz mi, te moje sny,

Te sny o moim mieście.

Przypomnij jak

Robiliśmy ten tego

Gdzieś na ulicy Chrobrego.

(poeta nieznany)

Wiersz ten, wierszyk, fraszkę, nieukończony poemat, zaprezentował kiedyś, wychodząc z Cornelli, lokalny, zapoznany już, jak się zdawało, pijak. Już miał wychodzić, już drzwi otwierał, już starą, znoszoną brodę pod szalik chował, odwrócił się jednak w progu, wyrecytował, zagrał, ba, przedstawił, to była krótka forma dramatyczna godna największych scen największych teatrów, skończył, ukłonił się, wyszedł. Wybiegliśmy. Nie było. Rozpłynął się, rozmył, rozwiał, wniebowstąpił. Możliwe, że nigdy nie istniał, że nam się zdało jedynie, że był tylko sztubackim wybrykiem naszej alkoholowej fantazji… A jednak pamiętam każde słowo, każdy grymas, każdy gest. Dowód na to, że Radom inspiruje, mało!, może wręcz być obiektem artystycznych uniesień.

Tak więc siedzimy w tej knajpie, jest wigilia wigilii, noc, miasto, barman, Joy Division jeszcze, zaraz na Doorsów zmieni, ale jeszcze nie. I papierosy. Taka noc.

# Żwirową aleją, pełną martwych kotów, nadchodzi człowiek. Idzie spokojnie, pewnie, widzi już budynek, do którego zmierza. W oknie na górze świeci się światło (tak naprawdę światło świeci we wszystkich pomieszczeniach, jednak w większości pozasłaniane są okna). Słychać huk uderzających gdzieś w oddali o brzeg fal, powietrze drży od krzyków dochodzących z burdelu, który jest celem podróży mężczyzny. Księżyc oświetla drogę, jest przecież pełnia, księżyc oświetla więc wszystko wokół, drogę zwłaszcza, rzuca swój blask na pooraną przez wiatr, suchą twarz wędrowca. Twarz, która zamiera w śmiertelnym grymasie. Ciało upada, jeszcze przez chwilę wierzga. Spokój. #

Wchodzi Ł. Trochę się spóźnił, ale to nic, dobrze, że jest. Wszyscy coraz bardziej pijani, muzyka coraz głośniejsza, noc za oknem coraz bardziej nieprzenikniona, ciemniejsza, czarniejsza, a jednak jakoś tak jakby cieplej. Barman w czapce Mikołaja miał w swoim worku także coś dla nas, pozwolił mianowicie wnieść własne soki. Wódka z baru, owszem, ale soki z żabki.

Caprio. Sok czy napój? Ciężko stwierdzić, wiele kalumni powstało na temat tego produktu, ilekroć ktoś kupi, koledzy się śmieją, w plener z miłą chęcią, ale na stół już nie wypada, a jednak niczym innym tak pięknie się nie przepija. Możliwe, że takie właśnie jest przeznaczenie Caprio, z uwagi na obyczaj niewymienione na etykiecie, producent uwierzył w konsumenta, nie pomylił się.

Siedzimy. Były to jeszcze czasy przed opuszczeniem przez Batmana Gotham, Kraków też miał swojego bohatera, a Radom miał nas. Nie pamiętam czy łamaliśmy się wówczas opłatkiem, nie wiem nawet, czy taki pomysł zagościł w naszych młodych głowach, fantazja podpowiada jednak, że tak, że zagościł, że łamaliśmy się, życzyliśmy sobie, a wtórował nam Jim Morrison, śpiewał o jakimś ogniu. Dym z papierosów, dźwięki tłuczonego szkła, wódka na stole, a Caprio pod stołem.

Łamiemy się zatem we czterech: ja, B, Ł i W. Czekamy jeszcze na S, ma przyjść ze starszym bratem, brat nas nie zna, niedługo pozna, niby wiemy, że nie zrobimy dobrego wrażenia, języki coraz bardziej się plączą, już językami świata mówimy, nie przypuszczamy nawet, że dwóch z nas skończy studiując obce filologie. Rozmawiamy o literaturze, o filmie, obgadujemy znajomych, a co. O kobietach jednak głównie rozmawiamy, to były czasy, kiedy jeszcze wierzyliśmy w wielkie miłości, właściwie trzech z nas wierzyło, W już wiedział, W już tam sobie zawsze coś na boku kombinował, my chodziliśmy na koncerty t-love. Dziwnie, oj dziwnie plotą się ludzkie losy.

#Fale atakują nabrzeże z wściekłością godną lepszej sprawy. Na plaży jakaś para oddaje się swoim obowiązkom, księżyc, gwiazdy, z oddali dobiegają ostatnie takty ostatniej już dzisiaj piosenki, noc, po stokroć noc, jest ona bowiem sprzymierzeńcem zbrodni. Bóg patrzy na wszystko, ocenia, zapisuje, ale czy w taką noc jak ta mógłby na kogoś spojrzeć srogo? Niee, to nie jest opowieść o Bogu, pilnował w tym czasie innych spraw, doglądał czegoś innego.

Powietrze przeszywa krzyk, dziewczyna biegnie w stronę doków, nie zdążyła się nawet ubrać. Kochanek jeszcze przez chwilę rzuca nogami, ale daremny to trud, już nie żyje. Twarz wykrzywiona, przerażona, jakby Boga samego zobaczył #

Pierwsze rzyganie. Jerofiejew napisał, że nigdy nie rzyga się tak pięknie, tak radośnie, tak czysto, jak w młodości. Nie pamiętam, kto jako pierwszy zdecydował się na ten krok, podejrzewam, że Ł, tak podpowiada intuicja, tego dnia nie był w najwyższej dyspozycji, eksplozja formy miała nastąpić w święta. Grzecznie wstał, przeprosił, nie zdradzając swoich planów udał się do toalety.

Przyszli S. z bratem. Brat od nas starszy, student, poważny facet. S szybko ocenił sytuację i postanowił robić dobrą minę do złej gry, ale tak naprawdę im dłużej siedział, tym lepiej się bawił. Do dziś nie wiem jakim cudem udało nam się go namówić na przyjście do nas, ostatnia noc przed wigilią, centrum miasta, do domu daleko, my pijani, a on nie tylko, że przyszedł, on przyszedł mianowicie z bracholem, łudząc go prawdopodobnie obietnicą dobrej zabawy.

No więc siedzimy, rozmawiamy o literaturze, -co chcesz wiedzieć? – tonem ekspertów pytamy jeden drugiego, przekonani o swej nieomylności i wszechwiedzy. Źle się gada o książkach, znowu zmieniamy na kobiety, muzykę, kobiety, alkohol, cycki. Zaprawdę, alfabet naszego świata nie był tej nocy skomplikowany, w zasadzie dochodzę do wniosku, że w niezmienionym kształcie trwa w nas do dziś, ludzie się zmieniają, okoliczności się zmieniają, kobiety się zmieniają, a nocą nieodmiennie tak niewielu słów trzeba, żeby wyrazić uczucia, a przecież jest co wyrażać.

Świeczka na stole przygasa, S postanowił ją ratować odpalając papierosa. Pomogło. Ł wciąż za linią boczną boiska, sprawdzamy, no rzeczywiście, rzyga!, ale fajnie, haha, najebał się i rzyga aż miło. Właściciel siedzi na zapleczu w czapce Mikołaja, jesteśmy ostatnimi klientami, nie musi pilnować baru, ogląda jakieś głupoty w Internecie, co on tam w tym Internecie widzi? Najważniejsze, że problemów nie robi, jak ktoś elegancko wymiotuje to wszystko jest jak trzeba, gorzej, gdyby na środku lokalu taki delikwent się popisywał, no ale w toalecie to jak najbardziej, proszę bardzo, klasa!

Zbieram się powoli, B też od jakiegoś czasu z łazienki nie wraca, co za noc. Ostatnia bania, alkohol się kończy, chłopaki liczą jeszcze pieniądze, może na pół litra będzie, wstyd takimi płacić, no ale co zrobisz. Jeszcze jedna, ostatnia bania na rozgrzewkę. Żegnam się, życzę wesołych świąt, coś tam macham do barmana i wytaczam się w radomską, świąteczną już noc.

#W portowej knajpie trwają ostatnie przygotowania do nowego dnia, czasu jest niewiele, starcza tylko na przetarcie stolików i przejechanie starą szmatą podłogi, jeden statek odpływa, drugi przypływa. Cycata dziewka, córka właściciela, z niesmakiem zdrapuje kolejne pokrywy zagadkowej substancji ze stolika, spędzi tu prawdopodobnie całe życie, z takimi paznokciami i tak już nikogo nie znajdzie. Wyciąga siłą na zewnątrz ostatniego marudera, jemu już pewnie wszystko jedno, narzeka chwilę, że mu sen rujnują, orientuje się jednak, że kobieta go niesie, nie protestuje więc, wtula się w cycki, a na odchodne, w zupełnie nieoczekiwanym przypływie sił, szczypie ją jeszcze w tyłek.

Dziewczyna zmywa dalej, na koniec sprzątania odkłada to, czego nie lubi najbardziej – toalet. Kiedyś stąd ucieknie, tak sobie kombinuje, kiedyś stąd wyjedzie i nikt jej nie znajdzie -myśli,  bierze jednak wiadro z wodą i karnie idzie na spotkanie z nieznanym. A tam jak gdyby nigdy nic ciało na ziemi leży, jeszcze wierzga konwulsyjnie, ale tylko chwilę, uspokaja się, umiera. Dziewczyna traci przytomność, jej głowa upada na …

Stop. Zabiliśmy tej nocy kilku marynarzy, nie zabijajmy dziewczyny. Dajmy jej spokojnie zemdleć. Głowa upada na stertę szmat pod zlewem, włosy się jedynie trochę pobrudzą. #

Zabiliśmy tej nocy kilku marynarzy, myślę sobie, idąc na autobus. Będziemy się smażyć w piekle.