Wojna w nas wrosła

W tym czasie, gdy uprzejmy szewc reperował mi sandał, usłyszałam potężny huk. Wyszłam na ulicę i zobaczyłam, jak ludzie biegną w kierunku Podwala. Pobiegłam i ja. To, co zobaczyłam, wprawiło mnie w straszny stan przerażenia. Wszędzie na ulicy, na pobliskich domach, balkonach leżały i wisiały szczątki ludzi, ich nogi, ręce i kawałki ciał. „Zdobyczny” czołg okazał się pułapką, zawierającą bombę zegarową.

 

Trzej bracia całe dnie spędzają w pustym pokoju. Ich ojca nie ma – dostał się do niewoli. Matka rzadko jest obecna w domu, próbuje zdobyć jakiekolwiek środki na przetrwanie. Muszą radzić sobie sami. Najstarszy chłopiec zastępuje głowę rodziny. Wieczorem siada sam przy stole, by po raz kolejny czyścić pozostawione przez tatę buty. W końcu przecież będzie musiał wrócić, lepiej żeby na niego czekały czyste. Wojna się przecież kiedyś skończy.

1-F-1959-21-300x
kadr z filmu „Świadectwo urodzenia” (1961)

To dobrze znany obraz z poruszającego filmu Stanisława Różewicza „Świadectwo urodzenia” (1961). W trzech nowelach reżyser opowiada o wojnie, ale z perspektywy dzieci. Nie są to sentymentalne historie. Pokazuje je bez ozdobników, brutalnie, bo taki też jest czas okupacji. Nie ma wtedy już miejsca na dzieciństwo.

Ostatnio Internet obiegło zdjęcie pięcioletniego chłopca z Aleppo, który pokryty pyłem i ze śladami krwi na twarzy siedzi w karetce. Jest w szoku, z jego oczu nie płynie nawet jedna łza.  „To zdjęcie to symbol okrucieństwa” , „Wojna to niesprawiedliwość”, „Dlaczego nic się z tym nie da zrobić”… Ludzie na całym świecie byli poruszeni. A gdy chłopiec ze zdjęcia dorośnie, co będzie pamiętał z tamtej chwili?

*

Mija 77 lat od wybuchu II wojny światowej. Każdy już słyszał o niej wiele przerażających historii, zna zdjęcia, obejrzał filmy… Ciągle jednak wiele opowieści nie zostało wysłuchanych. Często pomija się perspektywę kilkulatków, którzy po wielu latach, już jako dorośli ludzie, nadal w tyle głowy słyszą głosy wojny. Bo co oni mogą pamiętać? Kiedy wojna się zaczynała, nie znali innego życia. Dorastali już w latach okupacji. Gdy siedemnaście lat temu Eulalia Rudak zakładała fundację Moje Wojenne Dzieciństwo, uznała, że trzeba dać im się wypowiedzieć. Pomóc zwalczyć traumę, którą przecież sama też miała. W 1939 roku skończyła 7 lat.

Eulalia Rudak, założycielka Fundacji "Moje Wojenne Dzieciństwo". W czasie okupacji mieszkała w Warszawie, po pobycie w obozie w Pruszkowie 12.08.1944 r. została wywieziona do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Nadano jej numer 84628. W styczniu 1945 r. przekazano ją do obozu w Blankenburgu, gdzie pracowała przy odgruzowywaniu Berlina. W kwietniu 1945 r. doczekała wyzwolenia przez Armię Czerwoną. Ma dwóch synów i jest babcią dwójki wnuków.  (mat. fundacji)

Na zdjęciu: Eulalia Rudak, założycielka Fundacji „Moje Wojenne Dzieciństwo”.  W czasie okupacji mieszkała w Warszawie, po pobycie w obozie w Pruszkowie 12.08.1944 r. została wywieziona do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Nadano jej numer 84628. W styczniu 1945 r. przekazano ją do obozu w Blankenburgu, gdzie pracowała przy odgruzowywaniu Berlina. W kwietniu 1945 r. doczekała wyzwolenia przez Armię Czerwoną. Ma dwóch synów i jest babcią dwójki wnuków. (mat. fundacji)

 

Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo zbiera opowieści Polaków, którzy w czasie II wojny światowej byli dziećmi. Niektórzy pamiętają bardzo wiele, inny tylko pojedyncze wydarzenia. Przez wszystkie lata działalności udało się wydać aż 19 tomów ich wspomnień. Większość z nich jest też opublikowana na stronie internetowej, z pełną listą nazwisk, a nawet wyszukiwarką konkretnych miejsc. Często te historie kończą się radością z faktu, że teraz – gdy sami są dziadkami – ich kilkuletni wnukowie mają spokój, bezpieczeństwo i szczęśliwe życie.

wojennedziecinstwologo

Nic nie jest jednak dane na zawsze, a to właśnie podkreśla Fundacja. Jej działalność ma być „ostrzeżeniem przed konfliktami zbrojnymi, w których najbardziej cierpią dzieci”.

 

Andrzej Banek: urodził się 11 stycznia 1931 r. w Warszawie. Miał dwóch starszych braci – Henryka (ur. 1926) i Tadeusza (ur. 1929). Okres okupacji niemieckiej do 1944 r. spędził w rodzinnym mieście. Po Powstaniu Warszawskim aż do końca wojny na wygnaniu. Fragment jego wspomnień:

Andrzej Banek (mat. Fundacji)Nie było co jeść. Niektóre sklepy były spalone, inne okradzione. Wobec braku dostaw z zewnątrz, spoza Warszawy, skazani byliśmy na głodowanie. Któregoś dnia, od przypadkowych ludzi dowiedzieliśmy się, że gdzieś niedaleko leży zabity koń. Ojciec wraz z innymi sąsiadami poszedł go szukać. Na Lesznie, w rejonie Placu Kercelego leżał strzęp konia. Kilka osób kręciło się wokół wykrawając co lepsze kawałki. Nasi dołączyli do tamtych i tego dnia cieszyliśmy się obfitym, mięsnym obiadem. To było wspaniałe jedzenie, smaczne i mogliśmy jeść do syta. Mama udusiła koninę z dużą ilością cebuli i ostrych przy ypraw, ale sama tego nie tknęła, choć przecież była tak samo głodna jak my. Nie potrafiła zjeść konia. (…)

Nie mogę nie wspomnieć o butach. Nosiliśmy je, ma się rozumieć, tylko wtedy, kiedy było zimno. Skórzane obuwie było drogie i nie było nas na nie stać. Pokazały się tańsze buty – drewniane. Cholewki były wykonane ze skóry, a spód z drewna. Górna powierzchnia o kształcie zbliżonym do ludzkiej stopy kwalifikowała takie buty do kategorii lepszych, płaska – do pospolitych. Najtańsze, wprawdzie najmniej trwałe, były sosnowe. Trzeba tu dodać, gwoli sprawiedliwości, że drewniaki były ciepłe. Noga mogła marznąć od góry, ale spód idealnie chronił przed zimnem. Mimo to nie chciałbym więcej chodzić w drewniakach. Nawet po 50 latach od zakończenia wojny dziwię się, kiedy widzę, że ludzie kupują podobne buty i jeszcze płacą za to spore pieniądze. Nawet jeżeli mają one odpowiedni kształt.

 

Moje Wojenne Dzieciństwo od pięciu lat realizuje również program „Drogi wypędzeń”. Co roku, we wrześniu, grupa młodzieży spotyka w Warszawie ze szczególnym przewodnikiem. Osobą, która w 1944 roku przeżyła wypędzenie ze swojego rodzinnego domu. To właśnie przed tym mieszkaniem (albo miejscem, w którym się ono znajdowało) zaczyna się spotkanie. Wspólnie jeszcze raz przechodzi się ulicami, jakimi kilkadziesiąt lat temu , wśród trupów i zniszczeń, Niemcy pędzili rodziny z dziećmi.

 

dw_2
Zdjęcie ze spotkania „Drogi wypędzeń” (mat. fundacji)

 

Blandyna Teresa Surmiak, po mężu Lewińska. Urodziła się 12 listopada 1930 r. w Krakowie. Miała starsze siostry – Lucynę (ur. 1923) i Alicję (ur. 1929). Wychowywała się w Warszawie. We wrześniu 1939 r. podczas bombardowania rodzina straciła mieszkanie oraz dwa sklepy w Hali Mirowskiej i skazana została na długotrwałą tułaczkę. Wybuch Powstania Warszawskiego zastał ją na Starówce. Spędziła cały miesiąc w oderwaniu od rodziny. To fragment jej wspomnień z tego okresu:

W lewinska_blandyna_1944adniu 13 sierpnia przeżyłam szok, który na długo pozostawił ślad w mojej psychice. Otóż chłopcy z Szarych Szeregów zdobyli pierwszy czołg niemiecki. Radość była ogromna. Masa dzieciaków ze Starówki, a wśród nich i ja, biegła za sunącym w kierunku Podwala czołgiem. Podczas tego biegu rozleciał mi się sandał (drewniak) i nie mogąc dalej iść, wróciłam do mieszkającego opodal szewca.

W tym czasie, gdy uprzejmy szewc reperował mi sandał, usłyszałam potężny huk. Wyszłam na ulicę i zobaczyłam, jak ludzie biegną w kierunku Podwala. Pobiegłam i ja. To, co zobaczyłam, wprawiło mnie w straszny stan przerażenia. Wszędzie na ulicy, na pobliskich domach, balkonach leżały i wisiały szczątki ludzi, ich nogi, ręce i kawałki ciał. „Zdobyczny” czołg okazał się pułapką, zawierającą bombę zegarową.

 

Głównym celem przyświecającym Fundacji jest pomoc w złagodzeniu tak zwanego stresu wojennego. Nie ma wątpliwości, że zlikwidować go się nie uda. Wydany przez fundację poradnik Stres wojenny. Skutki i ich łagodzenie ma pomóc kombatantom i ofiarom wojny, którzy przez wiele – czasem kilkadziesiąt lat – sami walczyli ze swoimi urazami psychicznymi. Gdy publikacja się ukazała, w 2002 roku, większość z nich była już w podeszłym wieku. Na pomoc było już późno, ale przecież nie za późno. Tym bardziej, że wcześniej zazwyczaj nie szukali pomocy u psychologów. Nie mówili o swoich przeżyciach. Tymczasem wielu z nich ma podobne doświadczenia, poczucie strachu i lęku dręczącego przez całe życie. Jak mówi sama Eulalia Rudak, założycielka fundacji, była więźniarka Auschwitz-Birkenau, książka powstała, żeby „ułatwić nam wyrwanie z siebie wojny, która w nas wrosła”. Czasem wystarczy po prostu wysłuchać, pozwolić komuś z siebie wyrzucić to, co siedziało już tak długo. Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo pełni trochę rolę terapeuty, ale przede wszystkim daje ważną (i okrutną) lekcję historii, której naprawdę nie ma w żadnym podręczniku.

 

Eulalia Rudak, założycielka Fundacji „Moje Wojenne Dzieciństwo”:

Moje życie w wieku od siedmiu do trzynastu lat to wojna. Warszawa i świat naokoło wydawał mi się szary, ponury, groźny. Słońce spostrzegałam, gdy niemiłosiernie piekło w ogoloną, pokaleczoną głowę na placu apelowym w Auschwitz-Birkenau. Nie mogę sobie przypomnieć w pełni radosnych chwil, wszystko z czasu wojny kojarzy mi się tylko z nieszczęściem i trwogą. 

 

*Fragmenty cytowanych wspomnień pochodzą ze zbiorów Fundacji.

 


[Artykuł powstał w ramach projektu „Życzliwa Polska ma Sens” sfinansowanego ze środków Fundacji PZU]

logo-PZU