Wołanie na puszczy

Krzysztof Burnetko

Stefan Kisielewski w czasach PRL zatytułował cykl swoich felietonów: „Wołanie na puszczy”...

Uznanie przegłosowanej przez większość parlamentarną ustawy o Trybunale Konstytucyjnym za obowiązującą oznaczać będzie, że Konstytucja RP powędruje do kosza jak nic nieznaczący świstek papieru.

Czytaj cały tekst w serwisie tygodnika „Polityka”. Kliknij!

I nie chodzi nawet o niekonstytucyjność poszczególnych rozwiązań, które mają być wprowadzone, ani też o to, że ustawa sankcjonuje ewidentne złamanie prawa w postaci niezaprzysiężenia przez prezydenta prawidłowo wybranych sędziów oraz nieopublikowania przez premier wyroku Trybunału z 9 marca.

Rzecz jest poważniejsza: ustawa chce bowiem uczynić z Trybunału organ zupełnie fasadowy. Cóż to bowiem za sąd – a Trybunał jest sądem przecież – którego władzę można sparaliżować choćby prostymi sztuczkami proceduralnymi: czy to rękami uległych sędziów (bo weto czterech z nich mogłoby na długo blokować wydanie wyroku), czy Prokuratora Generalnego, od niedawna znowu partyjnego (wystarczy, żeby nie przychodził na rozprawy, a trzeba by je było odraczać).

Oznacza to nie tylko pozbawienie obywateli prawa do sądu, ale też – co gorsza – czyni nic niewartą samą Konstytucję RP. By sięgnąć po oczywistą analogię: cóż znaczyłby najlepszy nawet kodeks karny, jeśli nie byłoby niezależnego sądu egzekwującego jego postanowienia? Bez sądu wszak bandyci mogą grasować, ile wlezie.

Wniosek jest prosty: PiS od początku chce zastąpić demokrację konstytucyjną prostacką demokracją większości. Przypomnieć jednak znowu warto, że owa demokracja większości – uznająca mityczny „naród” za suwerena wszechmocnego i niczym, żadnymi zasadami, nieskrępowanego – doprowadziła do największych zbrodni XX w. I że właśnie aby zapobiec powtórce z tragicznej historii, na Zachodzie po II wojnie światowej powstała idea demokracji konstytucyjnej. Takiej, w której nawet demokratycznie wybrany parlament (a więc i nominujący go suweren) nie może robić wszystkiego, co zechce: musi bowiem przestrzegać regulacji i praw zawartych w konstytucji właśnie. A strzegą tego specjalne sądy, zwane konstytucyjnymi. To dzięki tej konstrukcji przez ponad pół wieku kontynent (ale też choćby Stany Zjednoczone, gdzie obowiązuje podobne rozwiązanie) ustrzegł się tragedii.

Czytaj cały tekst w serwisie tygodnika „Polityka”. Kliknij!