Woody Allen a sprawa polska

Witold Bereś

Portal Polska ma Sens od początku propaguje pozytywne myślenie – i wśród ludzi, którzy tak myślą bezwzględnie widzimy Woody'ego Allena. A teraz właśnie trwa na naszych stronach akcja „Taka Polska ma sens”, w której czytelnicy opowiadają o ważnych dla siebie postaciach. Jedni mówią o swym dziadku, inni o mamie, a jeszcze inni – o Koziołku Matołku. Jest więc dobrze – allenowskiego bohatera wspólnie znajdziemy.

Woody Allen w rozmowie z portalem Polska ma Sens nie wyklucza, że zrobi film w jednym z polskich miast. A my ujawniamy – rozmowy na ten temat są już prowadzone!

Akurat dziś dzieje się tak nad Wisłą, że władza chce, aby kino amerykańskie pokazało Polskę. Oczywiście – mówi się o kinie historycznym robionym na zamówienie. Ale może zamiast pokazywać chłopów wyrzynających przeciwników kosami (czy to Rosjan w powstaniu Kościuszki, czy to polską szlachtę w powstaniu Jakuba Szeli), wesprzeć Woody’ego Allena w pomyśle zrobienia filmu o którymś z polskich miast?

ALLEN O POLSCE

Nie wiem, co Woody Allen czuje do Polaków, ale w jego filmach wątki polskie pojawiają się co krok. Już w jednym z pierwszych („Bananowy czubek”, 1971), dwóch włochatych partyzantów cuci Allena, który pyta: – Gdzie jestem? I sam sobie przerażony odpowiada: - Nigdy więcej polskich kobiet. W „Miłości i śmierci” (1975) mówi o jednym z bohaterów, że stał się ofiarą wojny: „Zadźgał go bagnetem polski pacyfista”. W znakomitym „Wrześniu” (1987) Diana, była aktorka (gra ją Elaine Stritch) mówi do swej córki (Mia Farrow): - Zrób coś z tym. Jesteś młoda i pełna wdzięku. Ale ubierasz się jak emigrantka z Polski. W „Blue Jasmine” (2013) Ginger, siostra głównej bohaterki, mówi do swojego kochanka Ala: „Nie powinieneś tyle pić Al. Nikt już nie chce słuchać twoich durnych dowcipów o Polakach”. W „Drobnych cwaniaczkach” (2000) sam Allen opowiada dowcip o Polakach, z którego się nikt nie śmieje.

A najzabawniej było pewnie w „Tajemnicy morderstwa na Manhattanie” (1993), gdzie Allen wychodząc z opery mówi: „Nie mogę słuchać za dużo Wagnera. Zaczynam wtedy mieć ochotę podbić Polskę”, co jest jasnym nawiązaniem do wagnerowskiej pasji Hitlera.

KINO HISTORYCZNE? BEZ SENSU

Niby coś w pomyśle władzy jest. Szkoci mają bohaterskiego powstańca z XIII wieku – i film o Bravehearcie zrobił Hollywood i Mel Gibson. Wojny o Ziemię Świętą pokazał Ridley Scott („Królestwo niebieskie”). „Dantona”… – o, przepraszam tu już Francuzom film zrobił Andrzej Wajda.

Więc można? Można.

Zasada jest jednak prosta. Taki film się nie uda, gdy władza po prostu zamówi dzieło, gdy narzuci twórcy temat i interpretację oraz w dodatku zażąda pozytywnej opowieści. Dlaczego się nie uda? Bo sztuka nie znosi przymusu. Ostatni raz dobre filmy propagandowe nakręciła Leni Riefenstahl na zamówienie Hitlera. Ale już na przykład Stalinowi się to nie udało.

Po drugie – nie planujmy kina historycznego. Cholernie drogie, cholernie niemodne i cholernie czasochłonne. Nawet jeśli minister Gliński zamówi taki film, a sam Ridley Scott przyjmie zamówienie na film jak to Kościuszko walczył w USA (super pomysł, tak, tak!), to film ten powstanie gdzieś za dziesięć lat. A kasy będzie potrzebował tyle, że program 500+ może się okazać programem „500 minus”. Nie mówiąc o tym, że do gwarancji sukcesu – artystycznego i frekwencyjnego takiego dzieła będzie bardzo, bardzo daleko.

Zresztą: historia dzieli społeczeństwa i widz światowy tego nie kupuje. Bo, co zrobimy film o Wicie Stwoszu, rzeźbiarzu, który cały czas mówi po niemiecku? Albo o Koperniku, który tak się bał, że Kościół wykreśli mu „Ziemia krąży wokół Słońca”, że na wszelki wypadek swoje dzieło zadedykował papieżowi? Albo może coś w duchu sienkiewiczowskim? Oto film „Bitwa pod Mątwami”. To w niej w lipcu 1666 zbuntowane wojska magnata Lubomirskiego wyrżnęły prawie cztery tysiące współbraci, Polaków, którzy bronili króla Jana Kazimierza, chcącego wprowadzić nowy porządek polityczny (chodziło o wybór króla jeszcze za jego życia, by nie osłabiać Polski w okresie bezkrólewia).

Dlatego zamiast historii – proponujemy Allena w Polsce!

Hm, powie ktoś: – Jego podejście może być antypolskie! A ja powiem tak: – Raz kpi z Polaków, raz z antypolskich uprzedzeń. I cieszmy się – Czechów czy nawet Rosjan Allen w swoich filmach nie cytuje. A zresztą Włochom nie zaszkodził prześmiewczy film „Zakochani w Rzymie”, a Barcelona czy Paryż zyskały w ostatnich latach zupełnie nowy wymiar dzięki obrazom Allena.

JEST SZANSA NA TEN BIZNES!

Owszem, Allen na pewno niczego nie da sobie narzucić, ale spójrzmy na niego jako na artystę. Nawet gdy powstają jego filmy umownie zwane „miejsko-turystycznymi”, to mamy zawsze gwarancję dobrej zabawy. Co najmniej. Bo nakręcił wszak genialny „O północy w Paryżu”, który pokazuje współczesność i nasze niekończące szukanie ideału jako odwieczne pragnienie towarzyszące ludziom kultury we wszystkich epokach.

Na marginesie – jego nazwisko gwarantuje, że chcą u niego grać największe gwiazdy. W „Tajemnicy morderstwa na Manhattanie” obok samego reżysera, wystąpili Diane Keaton, Alan Alda i Anjelica Huston. I to zawsze jest dodatkową siłą takiego filmu! Nie mówiąc o tym, że nawet największy polski aktor/aktorka zaaprobowałby zapewne nawet rolę stołka u Woody’ego. Dlaczego? Bo Allen szalenie inteligentnie miesza współczesność z klasyką literacką i filmową. Sięga po Tołstoja, Dostojewskiego, cytuje Hemingwaya, Felliniego i Bunuela. A wszystko z kpiną, uśmiechem i – jednak – życzliwością i wyrozumiałością dla świata.

Owszem, Allen-producent, jak i wielu innych producentów, kręcąc filmy z serii miasta świata, wymaga wpłacenia przez drugą stronę pieniędzy, i to sporych. Ale po pierwsze są to pieniądze dużo mniejsze niż te, których wymaga kino historyczne. Po drugie – Allen to z definicji wartość dodana. Nawet jak jest w gorszej formie (a rzadko się to zdarza), samo jego nazwisko gwarantuje sukces frekwencyjny. I że te filmy przetrwają lata. Po trzecie – ogromną część pieniędzy można znaleźć na rynku, bo kino Woody’ego Allena po prostu zarabia i to dobrze. Tak – to niezwykłe, ale w samej Polsce jego filmy zdobywają większą widownię niż hollywoodzkie mega-hity typu „Avengers” czy „Hulk”.

I teraz najważniejsze – największy polski dystrybutor filmowy „Kinoświat”, który w tym roku będzie obchodził dziesięciolecie współpracy – i to bardzo dobrej – z Woodym Allenem, przyznaje, że już od jakiegoś czasu trwają rozmowy na temat możliwości powstania takiego filmu.

Portal Polska ma Sens od początku propaguje pozytywne myślenie – i wśród ludzi, którzy tak myślą bezwzględnie widzimy Woody’ego Allena. A teraz właśnie trwa na naszych stronach akcja „Taka Polska ma sens”, w której czytelnicy opowiadają o ważnych dla siebie postaciach. Jedni mówią o swym dziadku, inni o mamie, a jeszcze inni – o Koziołku Matołku. Jest więc dobrze – allenowskiego bohatera wspólnie znajdziemy.

Ale jakie miasto najlepiej oddałoby Polskę, z jej słabostkami, ale i jasnymi punktami? Gdańsk jako przykład relacji polsko-niemieckich i Solidarności? Warszawa jako miasto waleczne? Wrocław ze swoją wielokulturowością? Zresztą – gdyby opowiedzieć Polskę poprzez życie artystów kabaretowych, to może jednak Kraków? A może jednak lepiej Polskę oddaje Pacanów?

*

Woody Allen w jednym z wywiadów powiedział: „Zwariowałbym, gdybym miał spędzić trzy lata na wymyślaniu nowej fabuły. W porządku, może ta nie jest doskonała. Ale przecież nie pracuję w NASA. Ja tylko robię filmy”.

Więc pomóżmy mu i podpowiedzmy o czym taki film ma być. Kto ma być jego bohaterem. Gdzie film ma się dziać? Jacy aktorzy mogliby w tym zagrać?

Pomóżmy Woody’emu Allenowi!

Zaczynamy akcję #woody4poland. Piszcie do nas na info@polskamasens.pl! 

Rozpoczynamy akcję #woody4poland! Wspólnie pokażmy Woody’emu Allenowi, że są w Polsce ludzie, którzy na niego czekają.Dołącz do nas i napisz, w którym polskim mieście Woody powinien nakręcić swój film!

Opublikowany przez Polska Ma Sens na 21 marca 2016

Przeczytaj więcej: