Wstydu ni ma

Gaja Grzegorzewska

Przed nocnymi bałnsami poszłyśmy z Malwiną i Eryką do kina na „Wstyd” Steve’a McQueena. Właściwie poszłam tam z tezą, której potwierdzenie chciałam znaleźć i znalazłam.

Gdy w dwóch recenzjach tego filmu przeczytałam, że to moralitet czy też pamflet na życie singla, w głowie włączyła mi się ostrzegawcza lampka. Ja wam dam pamflet, tak sobie pomyślałam.
Nie wiem skąd te wszystkie zachwyty nad bardzo przeciętnym filmem, którego główną zaletą jest świetne aktorstwo, muzyka i nie do końca oczywiste rozwiązanie końcowe, następujące po ponad półtoragodzinnej zabawie ze strzelbą Czechowa.

Z filmu dowiadujemy się, że życie singla jest puste, wyjałowione z emocji (co pięknie symbolizuje chłodne, sterylne, ascetyczne i high tech mieszkanie bohatera. Skrajnie minimalistyczne, tak jak jego potrzeby, bo właściwie to liczy się tylko laptop zapełniony pornografią i łóżko, do którego można jak pizzę zamówić prostytutkę). Singiel jest naturalnie bezużytecznym pasożytem żerującym na zdrowej tkance społeczeństwa. Zabiera chłopakom dziewczyny, by ich używać i odstawiać, defloruje niewinne bizneswoman przy śmietniku, przed seksem z koleżanka z pracy musi sobie wciągnąć kreskę, wystarczy, że spojrzy na babę w metrze, a ta po tygodniu już nie nosi obrączki. Swojej pracy nie lubi, ma ją gdzieś. W mieszkaniu tylko śpi, je i folguje seksualnym zachciankom. Siostra jest dla niego jedynie balastem. Jezu. Litości. Zawsze to samo. Zawsze o krok od „American Psycho” i wyrzynania przygodnych partnerów piłą mechaniczną. Tak się singlom pod kopułami gotuje. Życie człowieka samotnego z wyboru jest napiętnowane zawsze, nieważne czy to artykuł w prasie kobiecej, serial w telewizji publicznej czy ambitne kino, do którego pretenduje film McQueena.

Żadna z nas, które byłyśmy na tym filmie, tak zwanym singlem już nie jest, ale byłyśmy i mamy znajomych, którzy nadal są i bardzo sobie takie życie chwalą.

- Przecież nie tak dawno byłam samotna – powiedziała Eryka, którą film wkurzył chyba najbardziej. - No i nie tak to wyglądało. Świetnie się bawiłam, dobrze mi się pracowało. Miałam mnóstwo czasu dla siebie i przyjaciół. Seks, nawet jeśli przygodny, to był wesoły. I nie z jakimiś typami wyrwanymi pod śmietnikiem albo pod płotem, tylko zawsze to byli znajomi albo znajomi znajomych.
- Znacie w ogóle kogoś, kto raz za razem wyrywa byle kogo na ulicy albo w tramwaju i idzie się ruchać do parku albo do bramy?
- Ja może znam
– zastanowiła się Eryka. - Ale nie jestem pewna.

Z drugiej strony alternatywą dla singla w filmie „Wstyd” jest zakłamanie i zdrady małżeńskie, rozwody, neurotyczne nękanie przygodnego partnera i żebranie o następną randkę. Wow! Jest w czym wybierać!

Był taki odcinek „Sex and the City”, w którym Carrie, główna bohaterka, ma - jako znana nowojorska singielka - pozować do zdjęć ilustrujących artykuł pod tytułem „Single&Fabulous”. Na sesję przychodzi zmęczona i niewyspana, po całonocnym balangowaniu. Jakie jest jej zdziwienie, gdy tydzień później widzi swoją twarz szpecącą okładkę czasopisma, z wielkim leadem obok zapuchniętej facjaty głoszącym dramatycznie: „Single&Fabulous?”. Bohaterka mówi, że nie było mowy o pytajniku, nie wzięłaby udziału w akcji piętnującej wybrany przez nią styl życia. Przechodzi katusze, bo społeczeństwo wmówiło jej, że jest bezużytecznym pasożytem, jej życie jest puste i pozbawione sensu. Więc próbuje coś sobie udowodnić podrywając przypadkowego imprezowicza, który ma wszystkie cechy jakich szuka w przygodzie na jedną noc: singiel, hetero, palący. Ostatecznie jednak nie idzie z nim do łóżka, bo naprawdę wcale tego nie pragnie, facet aż tak jej się nie podoba, gdyby to zrobiła, tym samym przypieczętowałaby tezę postawioną w artykule. W ostatniej scenie siedzi sobie sama w kawiarnianym ogródku, a kelner zabiera jej dodatkowe nakrycie. Jest sama i jest jej dobrze. Jest spełniona: ma pracę, którą kocha, przyjaciół, pasje. I szczerze mówiąc do mnie bardziej przemawia to podejście z komercyjnego serialu, niż współczesny moralitet, którym chce być „Wstyd”. Nie mówię, że takich ludzi jak bohater filmu czy jego siostra nie ma. Ale ja spotkałam nawet szczęśliwych singli. Ciekawa jestem, ile jeszcze razy, tacy czy inni twórcy będą stawiać osoby samotne z wyboru pod pręgierzem. Czekam na film, gdzie singiel po różnych perypetiach pozostanie singlem. Zadowolonym, spełnionym singlem.