Wyjdź z internetu

Racjonalny Optymista

Rozmawiamy tak z moją kompanką, bez komunikatorów, smsów. Ludzie obok nas nie strzelają sobie fot, nie bawią się telefonami. Dziwne, prawda? Jeszcze dziwniejsze jest to, że w pobliżu idą dwa marsze - jeden hołdujący wartościom konserwatywnym, drugi lewicowo-liberalnym. Nikt sobie nie ubliża, nie wyzywa się od moherów, lewaków, zdrajców ojczyzny itp.

Niedziela. Początek czerwca. Spotykam się w średniej wielkości mieście z koleżanką. Znamy się jeszcze z czasów licealnych, już ponad 10 lat. Siadamy w letnim ogródku małej knajpy i zamawiamy bezalkoholowe piwo. Delektujemy się nim, obserwując gromadzących się wokół ludzi.

Uśmiechnięte panie ze swoimi towarzyszami spacerują w blasku słońca. Co ciekawe, nie są to amanci rodem z kobiecych czasopism, żadne opalone wielkoludy, a zwyczajni, niepozorni goście. Coś jednak musieli mieć w sobie, skoro obejmują tak piękne istoty.

Już widzę to oburzenie internautek, którym nie mieści się w głowie, że facet może być równy z kobietą wzrostem lub niższy, blady jak ściana i mieć na sobie zwykłe polo, a nie garnitur od marki na A. Tym bardziej nie zniosą one skromnej kelnerki o ciepłym spojrzeniu, która rozleje piwo lub rozbiję szklankę. Zatopiłaby ją fala niepochlebnych komentarzy. Pytam „dlaczego”. Przecież to takie ludzkie, pomylić się, popełnić błąd, być niedoskonałym w pełnym tego słowa znaczeniu. Kogo to jednak obchodzi? Trzeba znaleźć ofiarę i jej dowalić.

Rozmawiamy tak z moją kompanką, bez komunikatorów, smsów. Ludzie obok nas nie strzelają sobie fot, nie bawią się telefonami. Dziwne, prawda? Jeszcze dziwniejsze jest to, że w pobliżu idą dwa marsze – jeden hołdujący wartościom konserwatywnym, drugi lewicowo-liberalnym. Nikt sobie nie ubliża, nie wyzywa się od moherów, lewaków, zdrajców ojczyzny itp.

Obie strony poruszają się własnymi ścieżkami i choć z oczywistych względów nie darzą się raczej sympatią, to szanują fakt, że drugi brat Polak może mieć inne poglądy. Gdybym w tym momencie wszedł na stronę jakiegoś opiniotwórczego portalu, zapewne przeczytałbym o walce dwóch wrogich sobie grup, dwóch ojczyzn, które się wzajemnie nienawidzą. Dodajmy do tego jeszcze zdemolowane przystanki, ciągłe interwencje policji i mamy cały ten spektakl nienawiści, który neto-tygrysy lubią najbardziej.

Wbrew pozorom, nie uważam internetu za największe zło tego świata. Wprost przeciwnie, moim zdaniem to wspaniałe narzędzie, które umożliwia ludziom z różnych stron globu sprawną komunikację oraz zdobywanie wiedzy. Niestety ma też swoje złe strony.

Kiedy np. widzę osoby, które na spotkaniach towarzyskich zamiast prowadzić ze sobą dialog notorycznie sprawdzają swoje cyfrowe gadżety, czuję się dziwnie. Druga sprawa to promowanie taniochy, robienie guru z każdego, kto sfotografuje swój umięśniony brzuch, powie coś niecenzuralnego o władzy, pokaże się w prześwitującej sukience na czerwonym dywanie lub będzie sepleniącą dziewczynką rzucającą w swoich filmikach na YouTube pseudo-ironicznymi tekstami o niczym. W konsekwencji dostajemy autorytety mówiące językiem niezrozumiałym nawet dla w miarę otwartego 27-latka, jakim jestem.

Na szczęście można znaleźć tam również pasjonatów, którzy wykorzystują swoją działalność dla dobra innych. Jedni robią fajne wywiady, inni organizują akcje dobroczynne, a kolejni dzielą się ze swoimi widzami talentem do rysowania lub śpiewania. Tacy ludzie motywują, dają nadzieję na to, że wartościowe rzeczy zawsze się przebiją. Internet wszak, podobnie jak każde inne narzędzie, trzeba umieć wykorzystać.

Warto też wiedzieć, kiedy się wylogować, bo rzeczywistość ma o wiele więcej do zaoferowania niż globalna sieć. Jeśli więc macie Państwo okazję, to po lekturze tego felietonu zabierzcie swoich bliskich na spacer, bez względu na to, czy mieszkacie w Warszawie, Krakowie, Radomiu czy Ostrołęce. Wszędzie bowiem może być pięknie. Piękno jest realne.