Z linii frontu – archiwalny wywiad

Justyna Kopińska

Nie ma miejsca do publikacji fotoreportażu prasowego, co wiąże się z mniejszą ilością zleceń. Dziś fotoreportaż występuje w internecie. W fotografii ważna jest wielkość, ułożenie, kolejność, a w internecie oglądasz tak naprawdę tylko jedną fotografię. Jeśli ci się nie podoba – przerzucasz, jeśli zdjęcia wolno się otwierają – rezygnujesz.

Jeśli nawet fotoreporter nie umrze podczas wojny, konsekwencje tej pracy potrafią prowadzić do samobójstwa – mówił w czerwcu 2011 roku w rozmowie z Justyną Kopińską Krzysztof Miller.

Justyna Kopińska: – W 2004 roku w magazynie „Playboy” powiedziałeś: „Kocham życie, więc muszę mieć dystans. Nie narzekam, jestem optymistą, a po takim Zairze problemy w Polsce nie są dla mnie żadnymi problemami.” …
Krzysztof Miller: –…to było absolutnie szczere. Dziś bym już tego nie powiedział. Nie potrafię odpowiedzieć – dlaczego to się zmieniło.

– Jesteś w czołówce polskich fotoreporterów. Dlaczego ty?
– W moim życiu nie idę na żadne kompromisy. Podczas wojny w Ruandzie po prostu tam jechałem. A absolwenci fotografii najpierw pytają, czy opłaca się jechać? Jeśli znajdujesz się w sytuacjach zagrożenia życia własnego i osób, które fotografujesz, nie możesz mieć żadnych wątpliwości. Takie decyzje podejmuje się w ułamku sekundy.
Fotografią interesuje się teraz każdy. Tylko, że te osoby nie ryzykują, zawsze widzą inne możliwości. Najlepszym przykładem jest rewolucja w Afryce Północnej. Ilu fotoreporterów tam pojechało? Nie widziałem stamtąd żadnego fotoreportażu w polskiej prasie. Wygodnie jest fascynować się robotą innych, ale jeśli interesujesz się fotoreportażem, powinieneś pokazać tę rewolucję – to historia, która się dzieje na naszych oczach. Jeśli tego nie czujesz, to zajmij się fotografią modową czy pornograficzną.

– Wojna nie jest jedynym zagrożeniem dla fotoreporterów, jest też własna psychika…
– Historia dziennikarzy, którzy zrobili dokument „Wojna Restrepo” pokazuje, jak dużym zagrożeniem jest praca fotoreportera. Twórca filmu, Tim Hetherington zginął w Libii.
Jeśli nawet fotoreporter nie umrze podczas wojny, konsekwencje psychiczne tej pracy potrafią prowadzić do samobójstwa, rozbitych rodzin, trudności w przystosowaniu do codzienności.

– Co dla ciebie prywatnie oznacza śmierć Tima Hetheringtona?
– Dowiadujesz się, że w głowach twoich znajomych fotoreporterów wojennych pojawia się nieszczęście. Jesteś świadomy, że to może dopaść także ciebie. To bardzo osobiste…zaczynasz myśleć, czy warto było robić to wszystko. Czy warto tak skończyć? Wcześniej był Ken Oosterbroek i mnóstwo fotoreporterów, którzy zginęli albo podczas wykonywania obowiązków, albo śmiercią samobójczą.
Na losy Hetheringtona nakłada się też osobista trauma. Moja córka jest żołnierzem w amerykańskiej armii. Była na terenach pokazanych przez Hetheringtona w „Wojnie Restrepo”. Jego śmierć wywołuje zwykły ojcowski strach przed możliwym nieszczęściem Karoliny, która wraca do Afganistanu. Wiem, co tam się będzie działo.

– Na pewno jesteś z niej dumny. A czujesz się zadowolony, że wybrała taki zawód?
– Jestem niesamowicie dumny, a zadowolony… może mniej. Przeszła cykl szkoleń. Miejsce, do którego doszła w armii amerykańskiej, świadczy, że jest twarda i nadaje się do tej pracy. Jestem szczęśliwy, że tak odważnie wzięła życie we własne ręce.

– W twoim życiu jest dużo wojennego doświadczenia. Z kim o tym rozmawiasz?
– Nigdy nie byłem w żadnej grupie. Mam kolegów fotoreporterów, ale w czasie wolnym nie mam ochoty rozmawiać o pracy. Długo trzymałem się psychicznie. Od dwudziestu czterech lat jeżdżę po konfliktach, wojnach domowych, puczach. Takie spotkanie z innymi może być terapią, ale też wspominaniem. Podobnie jak powrót do przeglądania zdjęć archiwalnych. Często jestem proszony o zrobienie slideshow. Każde kadrowanie i wybór zdjęć przypomina mi o tamtych historiach. Zdjęcia młodzieży w Ruandzie przypominają o głodzie, który dotykał także mnie… Podobne uczucie wywołuje zdjęcie, gdy snajper atakuje orszak pogrzebowy w Czeczeni…

– Czy te wspomnienia źle na ciebie wpływają, bo nie mogłeś pomóc?
– Nigdy nie miałem za zadanie pomagania innym. Od tego są akcje humanitarne. Na czym miałaby polegać moja pomoc? Czeczeni walczą. Mam wziąć karabin i walczyć z nimi? Jak mogłem pomóc tysiącom uchodźców w obozach? Historie w mojej głowie są rozmyte, nierzeczywiste. Dziesiątki tysięcy ludzi…. Co mam im dać? Marsa, suszone owoce? To, co mi także pomagało przeżyć? Fotoreporter, jeśli chce być obiektywny, musi umieć się wyłączyć z wszystkich historii, jak postać w „czapce niewidce”.

– Ken Oosterbroeka, genialnego fotoreportera, fascynowała wojna i przemoc, którą poznał, jako żołnierz w południowoafrykańskim wojsku. Czy to częste?
- Nie znam nikogo, kogo fascynuje wojna. Nie spotkałem się zawodowcami, u których przemoc wzbudza ekscytację. Fotoreporterzy chcą tylko rzetelnie wykonywać swoje obowiązki. To się wiąże ze strachem, niepewnością, zagrożeniem. Jest adrenalina, ale nie głupia radość.

– Lubisz ryzyko?
– Nie lubię.

– Dlaczego wybrałeś taki zawód?
– Ten zawód wybrał mnie. Czułem, że muszę robić zdjęcia. Nie sztuka jest gdzieś dotrzeć. W „docieraniu” wszyscy są świetni. Często słyszę „byłem tam!”, „przebiłem się”. Ale nie wystarczy zrobić materiał. Przede wszystkim trzeba bezpiecznie go wywieźć. W 1991 roku byliśmy w Iranie na trzęsieniu ziemi. Na lotnisku odebrano mi wszystkie filmy. Na szczęście część zabrał wcześniej kolega z Reutersa. Wtedy zrozumiałem, że jeśli nie potrafię bezpiecznie wyjechać, to traci sens cały pobyt. Możemy opowiadać o świetnych zdjęciach, których nikt nie zobaczy. Reporter nie może być „mocny w gębie”, popisywać się, podkręcać zdjęć w photoshopie. Jakość dają szerokie obiektywy. Prawie nie używam teleobiektywu, bo jak powiedział Robert Capa: „Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, znaczy to tylko, że nie podszedłeś wystarczająco blisko”. Szeroki obiektyw zmusza cię do wejścia w historię, która dzieje się przed obiektywem, otarcie się o nią, umazanie w niej… Do pewnego momentu świetnie mi to wychodziło.
Ale po tylu wyjazdach coraz częściej nie mogłem się odnaleźć w zwykłej rzeczywistości. Miałem w głowie dramat uchodźców w Ruandzie, Czeczenii, Afganistanie… Zmniejszałem swoje wymagania co do otoczenia. Nie rozumiałem, gdy bliscy przejmowali się, że nie ma ciepłej wody w mieszkaniu lub winda nie działa. Wymagania ludzi w Polsce wydawały mi się wygórowane. To był chyba sygnał ostrzegawczy.

– Kiedy zauważyłeś, że sam sobie nie poradzisz?
– Pojechałem do Konga, Ugandy i południowego Sudanu. W trakcie wyjazdu zachorowałem na malarię mózgową. W szpitalu w Łodzi mówili, że nie mam dużych szanse na przeżycie. Dzięki lekarstwom wyciągnięto mnie ze śpiączki. Byłem w malarycznym stanie letargu. Mój mózg pracował i wyobrażał sobie senne straszne historie. Sny były niezwykle realne – historia z okopów w Czeczeni, boję się, jestem pod ostrzałem, piasek wsypuje mi się do ust… Murzyńskie dzieci ciągną mnie w jakimś kierunku, próbuję się bronić…. Jadę tramwajem, siedzę na środku wagonu, wzdłuż szpaleru drzew, który pamiętam z rzeczywistej sytuacji, gdy razem partyzantami czeczeńskimi szedłem na linię frontu…. Wiele takich snów powtarzało się fragmentarycznie.

– Zacząłeś się leczyć ze skutków stresu bojowego…
– Pierwszy etap w klinice to odcięcie cię od świata zewnętrznego i dopływu informacji – zero radia, telewizji, internetu, komórki. Totalna pustka informacji. Rodzina i przyjaciele mogą przychodzić, jeśli się zgodzisz. Rozmowy z psychologiem, terapia indywidualna i grupowa. Ten etap trwał u mnie dwa tygodnie. Po takim okresie wyciszenia lekarz prowadzący bada, jak działają poszczególne stabilizatory. To brzmi ładniej niż psychotropy. Czy za bardzo nie pobudzają lub usypiają? Kiedy leki zadziałały, mogłem wychodzić na miasto.

– Jak wyglądały spotkania z psychologiem?
– Nie leczyłem się w zwykłym szpitalu psychiatrycznym, tylko w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego, u osób szkolonych do pracy z żołnierzami. Terapia grupowa objęta jest tajemnicą. Pojawiają się życiorysy żołnierzy z misji w Afganistanie i Iraku.

– Ufałeś lekarzom?
– Byłem w takiej depresji, że musiałem zaufać. Nie ruszałem się z domu, nie jadłem, patrzyłem się w okno, nie odbierałem telefonów. To znajomi z Filmówki zawieźli mnie do poradni psychiatrycznej.

– A teraz?
– Opuściłem klinikę, ale dalej jestem na lekach, co dwa miesiące mam kontakt z lekarzem prowadzącym. Dzięki stabilizatorom emocjonalnym nie mam już tak dużo snów. A to zwłaszcza one powodowały wspomnienia.

– Narażasz się… Wiesz, że wielu reporterów bierze w miarę dobry hotel…
– Jeśli jest możliwość hotelu, to też go oczywiście biorę! Ale co jeśli mogę nocować z fedainami ormiańskimi przy linii frontu? Często śpimy w prywatnym domu, namiocie. Jeśli chcesz zrobić obiektywny materiał, to od razu decydujesz się na nocowanie w bunkrze z żołnierzami czeczeńskimi.
Powoli uczymy się od Amerykanów, żeby po takich wyjazdach korzystać z porad psychologów.

– Czy dotyka cię sposób wykorzystywania zdjęć fotoreporterów? Susan Sontag pisała o upolitycznieniu fotografii – podczas wojny na Bałkanach te same zdjęcia dzieci, zabitych podczas ostrzału wioski, pojawiały się zarówno podczas serbskich, jak chorwackich konferencji prasowych. Wystarczyło zmienić podpis.
– Odpowiedzialność fotoreportera kończy się w momencie dostarczenia zdjęć do redakcji. Później fotografia zostaje umieszczona w kontekście. Zajmują się nią fotoedytor, grafik, kierownik artystyczny. Fotoreporter często nie wie nawet, jaki podpis będzie podpis pod zdjęciem, czy obok jakiej reklamy się ukaże. A to wszystko może mieć wpływ na odbiór. Podczas oglądania zdjęć nie polegam na reakcjach ludzi. Czasem analizują je w sposób zupełnie emocjonalny, błędny, innym razem bardzo fachowo. Ale wiem, że nie przeżyli tego, co ja. Polegam na sobie. Redakcja ma do mnie zaufanie, zawsze robię to, na co stać mnie i mój organizm. Podchodzę jak najbliżej.

– Nigdy nie udoskonalasz zdjęć?
– Puszczam surówkę. Śmieję się, że jestem jednym z ostatnich fotoreporterów, który nie zna photoshopa. Nigdy nikt mnie o to nie prosił. Fotografia reportażowa powinna się ograniczać głównie do skadrowania. To nie sztuka przez duże „S”, tylko dokumentowanie rzeczywistości. Możesz wybrać przesłonę, ale i tak najważniejsza jest sytuacja przed obiektywem. W agencji Magnum, największym bluzgiem było: „twoje zdjęcia są takie artystyczne…” Sontag powtarzała, że surowa fotografia jest najbardziej wiarygodna. Każda obróbka podkręcająca fotografie jest przekłamaniem.
Nie lubię szybkiego postępu. Kiedyś oddech dawało zmienienie rolki filmu. Dzisiaj masz kartę, na której mieści się po kilka tysięcy zdęć. Fotoreporterzy zaczynają robić fotografię przemysłową – setki niepotrzebnych zdjęć z kiepskiego tematu. Wywołanie negatywu w ciemnii, utrwalenie po osuszeniu i widok na podświetlonym stole to cała magia fotografii. Nowe technologie ją niszczą.

– Kryzys fotoreportażu odbija się finansowo?
– Nie ma miejsca do publikacji fotoreportażu prasowego, co wiąże się z mniejszą ilością zleceń. Dziś fotoreportaż występuje w internecie. W fotografii ważna jest wielkość, ułożenie, kolejność, a w internecie oglądasz tak naprawdę tylko jedną fotografię. Jeśli ci się nie podoba – przerzucasz, jeśli zdjęcia wolno się otwierają – rezygnujesz.

– Słyszałam, że chodzisz na studia…
–…(śmiech) to poukładanie fotografii w głowie. Historia sztuki, kompozycja fotografii, także symbolika koloru. Cieszę się, że poszedłem do szkoły tak późno. Nie będę od tego robił lepszych zdjęć, ale w czasie wolnym zajmuję się innymi projektami. Z kolegami założyliśmy grupę Slowphoto (od Slowfood we Francji). Zrobiliśmy projekt fotografii na szkle z użyciem nitrocelulozy i cyjanku potasu. Chemię zdobyłem przez „Gazetę Wyborczą”, która podpisała deklarację, że nie zostanie ona wykorzystana do zrobienia brudnej bomby, produkcji narkotyków, ani do zapładniania in vitro (śmiech). W tej chwili robię kolaże podsumowujące wszystkie moje wyjazdy, z pogranicza konstruktywizmu. Ta szkoła daje mi oddech od codziennej pracy reportera.

– A konflikty zbrojne…
– …pojadę do Libii lub innego kraju Afryki Północnej. Nie muszę się już sprawdzać, ale czuję, że historie afrykańskie dadzą mi uczucie, którego doświadczałem przez całe życie. Nie mogę być ograniczony do terapii w klinice stresu bojowego. Chcę być przede wszystkim wolnym człowiekiem.