Zamach na melancholię  

Rafał Sulikowski

Jak to było naprawdę z wypadkiem lotniczym pod Smoleńskiem?

Wszyscy to pamiętamy. Już o godzinie 9 otworzyłem, jak zwykle poranne serwisy informacyjne, i pierwsze, co zauważyłem w portalu onet.pl to zmianę szaty graficznej na czarno-białą oraz żałobną ikonkę w lewym, górnym rogu. Potem wstrząsnął mną tytuł głównej wiadomości na głównej stronie: „Katastrofa prezydenckiego samolotu. Nie przeżył nikt.”

Początkowo panował chaos informacyjny – nikt nic nie wiedział poza niezbitym faktem, potem zresztą podważanym wbrew zdrowemu rozsądkowi, że zginęła para prezydencka, a także wszystkie pozostałe 94 osoby z najwyższych sfer wojskowych, politycznych i społecznych, które udawały się na obchody 70 rocznicy zbrodni katyńskiej do Rosji. Najpierw pokazano pierwsze fotografie, które tak wbiły się w zbiorową pamięć, że dziś już możemy je w dowolnym momencie wywołać z pamięci: fragment silnika i koła samolotu, obrócone ku górze, pogorzelisko, milicja na miejscu, tlące się szczątki maszyny, pościnane drzewa i słynna już złamana skrzydłem brzoza.

Pierwszą wersją, jaka wszystkim normalnie myślącym ludziom się pokazała w świadomości był nieszczęśliwy wypadek na skutek fatalnej pogody panującej ówcześnie w okolicy lotniska, do tego nieznajomość języka rosyjskiego wśród załogi, brak oświetlenia pasu startowego, możliwy błąd wieży kontrolnej oraz urządzeń naprowadzających i mierzących rzeczywistą wysokość samolotu, i jakieś inne czynniki, jednak całkowicie „naturalne”. Nikomu przez myśl – w każdym razie mnie na pewno nie – nie przeszło nawet, żeby kogokolwiek oskarżać, a już na pewno nie ówczesne władze Polski, w dodatku o celowe i świadome spowodowanie katastrofy.

Jednak takie wyjaśnienie nie wystarczało społeczeństwu, ponieważ było zbyt przerażające. Jakoś tak jest, że człowiek ma tendencję do doszukiwania się świadomej intencji działania tam, gdzie może być mowa tylko o zdarzeniu statystycznym, losowym, de facto – i to jest klucz do wyjaśnienia wtórnie narosłych interpretacji – przypadkowym. Psychika jednostkowa, a także społeczna jednego nie może znieść – bezsensu, a przypadkowe, losowe zdarzenie, podobne do tysiąca innych wypadków w historii komunikacji od wozu konnego poczynając (tak zginął mąż Curie-Skłodowskiej), na promie kosmicznym „Challenger” kończąc, jest po prostu absurdalne, bez sensu, dowolne, takie, którego można było uniknąć.

Ta najgorsza myśl: „nie musiało tak być, tak się stać, gdyby…(coś)” wywołała typowe dla odkrytych przez Freuda mechanizmy obronne, podobne do tych, jakie wobec przypadkowych zdarzeń traumatycznych w życiu stosuje jednostka: zaprzeczenie, stłumienie i wyparcie, racjonalizacja, wreszcie hiperkompensacja. Można tego było uniknąć – i tu pojawia się poczucie winy, żal po stracie, i wszystkie inne sposoby radzenia sobie z zaistniałą sytuacją: „gdybym tylko…, trzeba było…,”. To uczucie żalu, że przeszłości nie da się cofnąć, unieważnić, zmienić zna każdy człowiek.

Wielokrotnie czegoś żałujemy – że nie uczyliśmy się więcej, że wybraliśmy zły zawód. Pojawia się uczucie bezradności, beznadziejności – „to koniec”, „wszystko przepadło”, „nie ma wyjścia”, „zawsze tak już będzie”. W tym momencie pojawić się może reakcja na poczucie winy czy utraty – złość najpierw na siebie, autoagresja, a następnie – na zasadzie projekcji – poszukiwanie winnych, które zawsze ma miejsce wtedy, gdy człowiek jako jednostka nie jest już dłużej w stanie znieść poczucia winy czy masowych wyrzutów sumienia. Trzeba katastrofie, tak jak szarej codzienności nadać sens przez rytualne uświęcenie tej sytuacji, zwłaszcza że kontekst i analogie nasuwały się same: „ta śmierć to ofiara, kolejny zaplanowany cios w nasz naród, który jest przedmurzem chrześcijaństwa i Chrystusem narodów, atakowanym ze wszystkich stron przez wrogów”.

Jeśli do tego poczucia, że to, co się stało było bez sensu, a w dodatku pewnie można było katastrofy uniknąć, dodać poczucie misji dziejowej, następuje chwilowa poprawa nastroju – „tak miało być”, „to kolejny dowód, że nas wszyscy nienawidzą, źle życzą, chcą zniszczyć Polskę”, itd. Stąd już tylko krok do zbiorowej histerii, a nawet paranoi, zwłaszcza że komisja powołana przez władze III RP nie potrafiła jednoznacznie określić jednej przyczyny katastrofy, przypuszczając, że na nią złożyło się wiele mniej lub bardziej powiązanych wzajemnie czynników. Utrata poczucia sensu zawsze prowadzi do zaburzenia podstawowej potrzeby ludzkiej: bezpieczeństwa i sensu spotykanych w życiu zdarzeń i sytuacji.

Ostatnim ogniwem tej wielołańcuchowej reakcji społecznej na prozaiczną katastrofę, jedną z wielu, jest jej kanonizacja – uświęcenie, nadanie jej charakteru archetypowego, wiążącego się z para-religijną symboliką odkupienia, oczyszczenia, a nawet przebłagania za grzech. Śmierć tylu osób, w dodatku tak ważnych i w takim kontekście, jak zbrodnia komunistyczna na polskich oficerach podczas II wojny światowej, nie może pójść na marne – trzeba więc pielęgnować pamięć ofiar, rytualizować zdarzenie (stąd obchody kolejnych miesięcznic, rocznic, etc.), a także zjednoczyć się w walce o „całą prawdę” przeciwko „tym, którzy chcą Polskę zniszczyć”. Jednostka z takimi objawami trafiłaby na terapię do szpitala, zbiorowość potrafi wrócić do stanu równowagi bez leczenia, jakie standardowo stosuje się wobec osób z symptomatyką paranoidalną.

Na końcu tej drogi są przewlekle, zapiekłe uczucia i resentymenty (nazywane „pamięcią narodową”), ciągła czujnośc granicząca z obsesją, nienawiść do każdego, kto chce badać sprawę standardowo. Sama myśl, żeby próbować wyjaśnić zdarzenie standardowo, zakładając nieszczęśliwy wypadek jest dla rodzin ofiar bluźniercza i jest to zrozumiałe. Jeśli do tego dodamy rzeczywiście dość kiepską organizację identyfikacji zwłok, późniejszych koniecznych ekshumacji, zrozumiałe może być poczucie krzywdy, choć dość wyolbrzymione, a sama procedura postępowania ze zmarłymi w oczach bliskich graniczyć może z subiektywnie odczuwaną profanacją, wręcz blasfemią behawioralną.

Ostatnim ogniwem są postawy roszczeniowe, odwetowe, pewna pretensjonalność, a także szukanie kozłów ofiarnych wśród niewinnych ludzi, dziennikarzy, starających się o rzeczowe podejście i jest to zjawisko zrozumiałe psychologicznie. Nie znaczy to jednak, że należy poddać się presji rodzin i środowisk związanych z ofiarami, mimo, że wynika ona z naturalnych procesów, zachodzących niemal zawsze i wszędzie, gdzie nie udaje się nadać czemuś wyższego sensu. Można powiedzieć w świetle powyższych uwag, że zamachu nie było – była „tylko” katastrofa, niewiele różniąca się od wielu innych w historii lotnictwa. Z dwojga złego, lepszy zamach, za którym stoją „potężne siły”, „zdrajcy”, NWO, niż banalność katastrofy. Jednak trzeba po tych sześciu latach niepewności powiedzieć jedno: żadnego zamachu nie było. Niestety, dla tych, którzy szukali taniej sensacji i pozornego usensownienia codzienności…