Zmagania Pornogwiazdy

Janusz Schwertner

Czy stoimy już pod ścianą? Czy najniższe pragnienia, żądze, nie zostały już dawno nasycone? Co można zrobić jeszcze, by nasycać je nadal? Jak bardzo inni będą w stanie się poniżyć, by twoim pragnieniom dać upust?

wokół monodramu „Zwierzenia pornogwiazdy”, reż. Sławomir Michał Chwastowski, Teatr Ludowy.

Gdy „Przegląd teatralny”, pismo specjalistyczne, w recenzji spektaklu pisze o występującym w nim aktorze, że „jest jednym z najwybitniejszych, jakiego można obecnie podziwiać na deskach teatru” – trudno pozostać obojętnym. Można się z tym nie zgodzić, polemizować – ale gdy podziela się tę opinię – nie pozostaje nic innego, jak tylko – przytaknąć.

Tak, Tomasz Schimscheiner w „Zwierzeniach pornogwiazdy”, monodramie od ponad dekady prezentowanym w „Teatrze Ludowym” porusza widza. I maksymalnie wciąga w obrzydliwy świat show-biznesu (a może chodzi o ciemną stronę życia każdego z nas, taką zwyczajną, niewystawioną na widok publiczny? Może show-biznes nie różni się momentami wcale od życia codziennego?), o jakim opowiada w pojedynkę – przyjmując raz po raz kolejne wcielenia bohaterów pozbawionego wartości światka. O przepraszam, przez chwilę ma towarzyszkę. To naga od stóp do głów młoda dziewczyna, tańcząca w rytm wyśpiewywanej przez niego piosenki.

pornogwiazda1

Zanim jednak o Schimscheinerze, nie sposób nie wspomnieć o Ericu Bogosianie. To na podstawie jego tekstu poznajemy pewnie nieco spaczony, bardzo subiektywny obraz show-biznesu i mechanizmów, jakim rzekomo się rządzi. Bogosian pochodzi z USA, jest dramaturgiem i pisarzem. Anarchistą i kontestatorem. W swoich utworach szokuje, posługuje się językiem prostym, czasem wulgarnym, bardzo dobitnym. Ale Sławomir Michał Chwastowski (reżyser) i Schimscheiner (aktor) robią wszystko, by jego myśli możliwie umiejętnie osadzić na polskim gruncie – bo nawet przy usilnych próbach pewnie trudno byłoby przekonać widzów, że amerykański show biznes to ta sama liga, co też nasz – swojski. Dlatego w trakcie polskich „Zwierzeń pornogwiazdy” w tekst wplecione zostały nazwiska: Kuba Wojewódzki, Dorota „Doda” Rabczewska czy Michał Wiśniewski. W jednej ze scen postać grana przez Schimscheinera krzyczy z przerażeniem: „Doda ma zatwardzenie!” i zachęca do wysłania smsów w tej sprawie.

Z Tomaszem Schimscheinerem miałem okazję porozmawiać kiedyś na łamach miesięcznika „Kraków”. Dla aktora, który znany jest Polakom głównie z nadawanej od przeszło dekady telenoweli (Na Wspólnej w TVN) wystawienie monodramu, w którym pojawia się szansa, by zmierzyć się z wyzwaniem wcielenia się w szereg różnych postaci (a każda z nich to zupełnie inny biegun niż serialowy Andrzej Brzozowski) – zdaje się być wybawieniem. Schimscheiner w rozmowie ze mną tłumaczył to dość precyzyjnie. – To było dla mnie wyzwanie z kilku powodów. Po pierwsze, od dwóch lat pracowałem wówczas w serialu i bardzo brakowało mi kontaktu z żywą publicznością. Po drugie, monodram wymaga ponadgodzinnego jednoosobowego kontaktu z widzem. A dodatkowo – otrzymałem bardzo przewrotny materiał. Pisany językiem agresywnym, wulgarnym – ale mówiącym o bardzo ważnych sprawach – tłumaczył. O jakich?

Jeśli spektakl wywoływał u widza pożądane przez twórców poruszenie, to każdy po opuszczeniu sali powinien zadawać sobie mniej więcej takie pytania (o których także wspominał Schimscheiner): Ile wart jest dzisiaj człowiek? Za ile jest się w stanie sprzedać? Gdzie jest granica między wolnością, a tym, że tak naprawdę ktoś już nas kupił?

Czy odnajdziemy odpowiedzi? Sęk w tym – jak tłumaczy aktor, który na scenie nie tylko przemawia głosem Bogosiana, ale także własnym (stając się jawnym komentatorem i sędzią moralnym postaw znanych ze świata show-biznesu) – że odpowiadanie nie jest jego sprawą.  Jego rzecz to rzucenie tematu do dyskusji.

No to – dyskutujmy.

pornogwiazda2

Światła gasną

Schimscheiner w odsłonie pierwszej. Wokół zupełna ciemność i na środku on – piosenkarz? Kabareciarz? Gdzieś w tle utwór Eminema „Say goodbye Hollywood”, zagłuszany przez wijącego się na scenie mistrza ceremonii.

„Powiedz Bóg, powiedz, Święty, Święty Hollywood!” – powtarza w refrenie. I w żołnierskich słowach przedstawia uproszczony obraz świata show-biznesu – wyrażenie „uproszczony” wydaje się tutaj najbardziej zasadne. Świat, obserwowany przez pierwsze wcielenie Schimscheinera, to miejsce tylko dla tych, którzy dla uznania innych są w stanie przekroczyć wszelkie granice poniżenia. „Każda gwiazda z wychodka, zdejmie swoje bikini, bo każdy chuj z komisji, to dla niej Bardini. (..) Ona bardzo go kocha, ona kochać go musi, bo każdy koleś, to reżyser Zanussi. Składam broń, padł mi koń, jaja wlokę po ziemi, Wojewódzki obejmie ramionami mnie swemi” – oto kilka obrazowych sformułowań, którymi wita publiczność „Tommy Schimi-schaj” (chwilowo taki pseudonim przyjmuje).

Światła gasną. Oto drugie wcielenie Schimscheinera. To nadal „Tommy Schimi”, ale tym razem – w zupełnie innym wydaniu. Kapelusz, szelki i przykrótkie czarne spodnie zamienia na szlafrok – i to jedyny element garderoby w tej chwili. Tommy to teraz gwiazdor filmów porno, który wyrobił sobie na tyle mocną pozycję, że nie przyjmuje już ról „adhoc”. Poza tym, stawia warunki. Nie zgadza się na wszystko. Ceni się i szanuje. Chce, by cenili i szanowali go inni. Producentom, którzy pragną zaangażować go do najnowszego przedsięwzięcia, nie daje się tak łatwo namówić. Ale nagle głos w słuchawce rzuca kwotę. „Ile?!” – odpowiada zdyszany Tommy. Jest podniecony. „Zgadzam się!”.

Znów zapada mrok. Mamy przed sobą na swój sposób wysublimowanego, wdzięczącego się producenta filmowego. Branża zgoła inna. Stać go na prawie każdego – w portfolio ma George’a Clooneya, Leonardo di Caprio, Brada Pitta. Może przebierać w propozycjach. Praca, wykonywana przy użyciu telefonu komórkowego, na rozstawionym na środku, kręconym fotelu go męczy, więc co jakiś czas sięga po biały proszek. I odpływa. Co kilka chwil wybrzmiewa fraza, która szczególnie zapada w pamięć: „daj mi kolejne nazwisko!”. W odpowiedzi pada szereg nazwisk, spośród których każde jest na sprzedaż, na każde go stać – ale żadne specjalnie go nie satysfakcjonuje. Trwa loteria, zwycięży ten, kto – jak słyszymy ze sceny – będzie wiedział, kiedy powinien się pochylić i „nadstawić tyłek”.

pornogwiazda4

I dalej. Casting. Ładnie ubrany młody mężczyzna, ze starannie ułożoną fryzurą ,bierze udział w konkursie. Tak może rozpocząć się jego wielka kariera. Nie rozpocznie się. Mimo że kandydat przyjmuje najbardziej pożądaną strategię – uniżenia i lizusostwa – po swoim aktorskim popisie zostaje wyproszony za drzwi. Na odchodne błaga, by reżyser może jeszcze przejrzał napisany przez niego scenariusz. Przecież świat nie kończy się na aktorstwie. A gdzieś między słowami ten prawdziwy Tomasz Schimscheiner szepcze do publiczności: „Proszę państwa, to naprawdę tak wygląda. Te castingi, o których czasem Państwo słyszycie – to właśnie jest to!”.

Teraz już nie jest ciemno. Nie ma nawet półmroku. Silny blask świateł towarzyszy kolejnemu wcieleniu Tommy’ego Schimi-szaj… Oto przed nami reżyserski popis realizatora filmu pornograficznego, który dwoi się i troi, by wszystko wyszło profesjonalnie. Fachowo doradza, stara się dodać energii swoim aktorom, biega, skacze i dyszy. W końcu siada, zachwycony. To doskonałe, profesjonalne porno, choć nie przyszło tak łatwo.

Kolejne sceny-impresje, mające zarysować portrety poszczególnych bohaterów świata show-biznesu, co rusz następują po sobie. Wiele w nich stereotypowych obrazków. I pewnie wiele banału. W świecie show-biznesu niejeden traci duszę, godność, własną wartość – to jasne i nie trzeba znać go „od środka”, by dojść do tych wniosków. Ale świat show-biznesu nie jest cały z zły, jak próbuje nam to – ustami Schimscheinera – udowodnić Bogosian.

Pytanie, czy to banał – czy celowa naiwność. Cel Bogosiana? To być może po prostu zaproszenie do dyskusji nad własnym człowieczeństwem. Jej kontynuacja, odpowiedzi na stawiane w trakcie tej dyskusji pytania – mogą toczyć się już w głowach widzów. Zwłaszcza że pornogwiazdą chwilami jest każdy z nas – i każdy się zmaga w walce o swoją niesprzedajność.

Kolejne przeobrażenia następują po sobie, Schimscheiner co chwilę jest kimś innym. Teraz gwiazdą porno, która odpoczywa po ciężkiej pracy na planie zdjęciowym. Aktorem-rastafarianinem, z pozoru przeciwieństwem ulizanego-amatora. Lekko zbłąkanym, ale zdolnym – skłonnym jednak do podobnego poświęcenia w imię kariery. Widzimy, jak napotkanego kolegę z branży – zasłużonego dla teatru mistrza – błaga, by ten pomógł mu w zdobyciu jakiejkolwiek roli.

I znów pojawia się mistrz ceremonii, który w zabawnym kapeluszu i spodniach na szelkach chwyta za mikrofon. Przekaz i tym razem jest bezpośredni – połowę widowni oburza; połowę – zniesmacza. Piosenka to zaproszenie do krainy rozkoszy – albo prościej: do wykwintnego burdelu. Nowe wcielenie Schimscheinera – to alfons. „Nie Amsterdam, nie Paryż, to w Krakowie jest bal! Mamy je w pełnym kolorze: biało-czarne, czerwone, żółte, nawet różowe! Suche jak pieprz, wilgotne jak pola ryżowe!” – reklamuje swoje najcenniejsze okazy. I refren: „Nam się wszystko zmieści, bo na tym polega twardy wyścig. Tak jak w złym dowcipie, wszystko mamy w c…”.

I jeszcze jedno, bardzo istotne wcielenie: człowieka przegranego. Oto widzimy pornogwiazdę, której nie wyszło. Zmęczoną życiem, starającą się oddać mocz w różnych miejscach sceny – na oczach widzów. Tej walce, by dopiąć swego – co w kontekście problemów zdrowotnych mężczyzny po 50-tce w istocie jest walką – towarzyszy nerwowa pogadanka z podśmiechującą się publicznością.

Na koniec wcielenie, które znamy z samego początku. Tym razem występujący na scenie kabareciarz nawet nie porusza ustami. Nie tańczy. Zastyga. Muzykę słyszymy z głośników. Mistrz ceremonii jest bezbronny, o niczym już nie decyduje. O niczym nie decydował także wcześniej, ale wówczas przynajmniej myślał, że jest inaczej.

pornogwiazda5

Po co przyszliście mnie oglądać?

Jeden z recenzentów napisał, że tekst, którym musiał posłużyć się Schimscheiner nie wytrzymuje wirtuozerii, jaką sam zaprezentował na scenie. Po części się z tym zgadzam. Sęk w tym, że „Tommy Schimi” doskonale manipuluje tym, co stworzył Bogosian. Zasadza treść w warunkach polskich; z przejęciem dyskutuje z publicznością, kilkukrotnie przerywając spektakl; przekracza granice i w środku spektaklu stawia pytanie: „po co przyszliście mnie tu oglądać? Ale jeśli wam się nie podoba, to jest ten moment, by wyjść. Jak się nie podoba, to wypierdalać!”.

Przez ponad dziesięć lat zdarzyło się raz, że oburzone sposobem przekazu dwie panie opuściły widownię.

Publiczność raczej odczuwa lęk i jest wciśnięta w fotel. Schimscheiner z mozołem, przyjmując wulgarną stylistykę, tłumaczy, jak trudno jest nie zapomnieć się w pogoni. Jak trudno być ostrożnym, jak ciężką walkę trzeba stoczyć, by pozostać w zgodzie z samym sobą.

Schimscheiner i Chwastowski mówią o sprawie ważnej. Świat show-biznesu, który stał się tu przedmiotem rozważań, jest tu po prostu lustrem. W gruncie rzeczy chodzi jednak o cenę człowieka. Konkretnie: ile kosztuje człowiek? Na jaką wartość się wycenia? Także o to, czy należy płynąć z „prądem” – czy może warto na przekór przekór, wychylić się? Oba rozwiązania są ryzykowne.

„Zwierzenie Pornogwiazdy” mówią też o tym, że to „oni” decydują o tym, jaki masz być. „Onych” w swoim życiu ma każdy. Bogosian, który pisał ten tekst przed epoką internetu i nowych mediów, dziś pewnie wątek show-biznesu poszerzyłby o media. Jakie nowe pytania mógłby postawić? Mógłby choćby zapytać dziennikarzy: kto buduje opinię – ty czy „oni”? I udzielić odpowiedzi: to czytelnik poprzez kupno, własny gust, własne intelektualne lenistwo – o wszystkim decyduje. I ty, drogi dziennikarzu, nagle uświadamiasz sobie, że już nie budujesz opinii, bo to ludzie budują tę opinię poprzez ciebie.

Tomasz Schimscheiner, aktor, członek Teatru Ludowego, dla niektórych nie inny od setek innych, dla niektórych wielki – zmaga się na co dzień podobnie, jak postać, którą gra. – Czasem bardzo trudno jest się oderwać od wzajemnego lizania po jajach. Bo wtedy gubi się cel. A jak zgubisz cel, to jesteś ślepy – tłumaczył.

Zmaga się także z wizerunkiem, a monodram według Bogosiana jest w jego życiu m.in. po to, by w umysłach widzów – ale przede wszystkim dla samego siebie – nie pozostać bohaterem serialu z telewizji. I sam przyznaje, że często to nie on, a widownia walczy. – Andrzej Brzozowski, ta postać z serialu, jest moja. To dlaczego miałbym walczyć z samym sobą?

Trudno, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy, nie przyznać, że tekst Bogosiana nie ociera się o banał. Tylko że ten banał działa, daje do myślenia. Podsuwa nam pytania, na które warto poszukać odpowiedzi. Pozornie proste ostrzeżenia, stają się wskazówkami, które bierzemy do siebie. Czym jest sukces? Jak daleko mogę się posunąć? Czy właściwym jest podjęcie walki za wszelką cenę? Czy warto iść po trupach? Czy żeby osiągnąć sukces, należy postawić na szali samego siebie?

I dalej: czy stoimy już pod ścianą? Czy najniższe pragnienia, żądze, nie zostały już dawno nasycone? Co można zrobić jeszcze, by nasycać je nadal? Jak bardzo inni będą w stanie się poniżyć, by twoim pragnieniom dać upust?

Schimscheiner-aktor jest zdania, że dziś bardzo łatwo jest także zagubić się aktorowi, na scenie. Stracić horyzont. Ujął to bardzo zgrabnie w trakcie naszej rozmowy, uprzedzając: „Wiem, jak cienka jest granica między pójściem na łatwiznę a szlachetnością. Wiem, bo mam takie doświadczenia, kiedy próbowałem oszukiwać widza”. – Bardzo łatwo jest dać się uwieść publiczności. Wystarczy jeden ruch palcem, mrugnięcie okiem – ona się w tobie zakochuje, robi ci aplauz. Nie ty ich uwodzisz, to oni to robią, spychają cię na manowce. Łatwo jest tam wejść – a wyjść bardzo trudno – opowiadał.

W niemal wszystkich recenzjach „Zwierzeń pornogwiazdy” przewija się wzmianka akcentująca następującą metaforę człowieka – który w istocie jest kawałkiem plasteliny, możliwym do swobodnego modelowania, nadawania kształtów, przeobrażania, niszczenia i lepienia na nowo. O tym, jak bardzo elastycznym kawałkiem plasteliny się jest – decyduje cena. Kwota, za którą jesteśmy w stanie się sprzedać. Bogosian – o czym przypominał także Schimscheiner – postrzegał porno jako najbardziej prymitywną wersję rozrywki skierowanej do widza. Ale tę prymitywną rozrywkę dostarczają ludziom ludzie – ci, którzy skłonni byli sprzedać swoją intymność, seksualność, niewinność albo po prostu: ciało. Wszystko to tylko kwestia ceny. Także, gdy idzie o duszę.

Poza pieniędzmi, ulepić dajemy się też za sławę. Choćby chwilową. Jest tu na równi krytyka tych, którzy są za to odpowiedzialni, jak i tych – którzy się temu poddają. Akurat o przykłady rodem z polskiego show-biznesu nie trudno. Wdzieranie się mediów w życie człowieka przeszło już dawno wszelkie granice. Jest tylko ohydne zacieranie granic między tym, co złudne, a tym – co prawdziwe i szczere.

* W programie „Bar” nadawanym w Polsacie jedna z bohaterek reality-show uprawiała seks z innym uczestnikiem na oczach milionów telewidzów.

* By móc zaprezentować swoją miłość do tańca, występujący w programie „You can dance” chłopak musiał opowiedzieć widzom o dramacie związanym ze śmiercią swojego ojca i najciemniejszych stronach życia swojej rodziny.

* Część uczestników 1. edycji Big Brothera nie mogła ułożyć sobie zdrowych relacji z innymi ludźmi po tym, jak opuścili „Dom Wielkiego Brata”, który miał zapewnić im lepsze życie.

Każdy z nich dał się ulepić. Każdy był pornogwiazdą – okrutnie wykorzystywaną bądź wykorzystywać dającą się świadomie.

Nawet jeśli Bogosian posługuje się językiem prostym, a jak twierdzą niektórzy recenzenci – wręcz banalnym – to nie sposób odmówić mu doskonałego uchwycenia istotnych problemów dzisiejszego świata – dzisiejszej „globalnej wioski”.

Może to banał, ale przynajmniej nieulepiony.