Znów stać się człowiekiem

Nawet jak przyjdzie pijany, to z reguły dostanie drugą szansę. Mówimy mu: weź stary ogarnij się i jak będziesz chciał się podnieść z kolan, to przyjdź jeszcze raz

KRĘTA DROGA DO EMAUS

 

- Ulica to twardy świat i dżungla.  Odczłowiecza i zatraca. Kim jesteś dla ludzi? Śmieciem. Chcą, żebyś zniknął, a najlepiej umarł. Nie obchodzisz ich. Nikogo tam nie obchodzisz – mówi Marcin. Na ulicy spędził 10 lat. Później dostał szansę, by znów stać się człowiekiem. Krętą drogą dotarł do Emaus.

 

NIKT

 

Wstrząs na granicy potylicy ze skronią. Czujesz ziemię. Mokra po deszczu. Na ustach woda, a w nich krew. Czujesz ją nie do końca wyraźnie. Później przychodzi ból. Od potylicy, promieniuje już na całą głowę. To tępy ból. Taki, który otumania. Łagodzi go padający deszcz, który spływa po tobie jakby z litością.

Próbujesz wstać, ale ciemność otacza cię jak fala. Nagle coś cię z niej wyrywa. Kolejny cios. Świat wiruje. Znów padasz. Ziemia. Krew miesza się z deszczem. Jesteś nikim – słyszysz. Odchodzi. A ty nie wiesz, kim był. Zapada noc. Albo mdlejesz. Nie ważne. Otwierasz oczy i widzisz drzewo. Czołgasz się po kałuży deszczu albo własnej krwi. Bez znaczenia. Wpełzasz na korzeń. Zasypiasz.

Nie wiesz, ile spałeś. Nie wiesz też, która godzina i nie wiesz, jaki dzień tygodnia. Już nie pada. Słońce wysuszyło już twoje ubrania i krew na chodniku. Mieszanka bodźców trafia do ciebie z różnych stron. Suchość w ustach. Marzysz, by się napić. Pragniesz wody. Jest wódka. Trochę zmieniła kolor. Ale wódka to wódka. Trochę żółta smakuje podobnie. Strup w gardle łagodnieje. Obracasz się i łapiesz za głowę. Ból jest ostry i silny. Pijesz, by się znieczulić.

Gdzie jesteś? Są planty i są ludzie. Z trudem podchodzisz i prosisz o wodę. Omijają cię. Popatrzysz, to przyspieszają kroku. Nie jesteś dla nich człowiekiem. Nie należysz do ludzi. Jesteś nikim – niczym echo powraca wczorajsze zdanie.  Mdlejesz. Oni myślą, że śpisz. A jak umarłeś to nawet lepiej. Nie obchodzisz ich. Przebudzasz się i znów suchość i ból i dotyk. Mundur. Ludzie. Wódka w dłoni. Człowiek. To policja. Ciemność.

emaus-zdjecie-glowne

DLACZEGO

 

W szpitalu nie wolno pić. Ktoś zabrał ci wódkę. Tu ból nie jest ani większy, ani mniejszy. Mniej więcej taki sam. Ludzie coś od ciebie chcą. Pytają, ile już na ulicy i kto pobił. I znów o to, a dlaczego na ulicy i jak tamten wyglądał. A może ty nie chcesz o tym opowiadać. Bo zwyczajnie się kurwa wstydzisz?

Dzisiaj masz spotkanie z terapeutką. Powie ci, że wódka nie jest rozwiązaniem. Typowe. Idziesz jak na stracenie. Głowa wciąż cię boli. Pulsuje. Otwierasz drzwi. Jest młoda i ładna. Przypomina ci kogoś. Może nawet jedną z dziwek, które kiedyś wynajmowałeś. Nie, wygląda jak Krystyna. Gdzie jest wódka?! Wiercisz się nerwowo. – Dlaczego? – pyta cię terapeutka, a Ty zanosisz się nerwowym śmiechem.

KREDYT 

Marcin ożenił się dość młodo. Stojąc na ślubnym kobiercu miał 23 lata, a jego żona tylko 19. Potrzebowali się wzajemnie. Oboje nie mieli rodzin. Poznali się w domu dziecka. Krystyna szybko urodziła mu dzieci. Z miłości i żeby wypełnić brak.

Dwie córki Julia i Angelika były dla młodych rodziców całym światem. Marcin pracował na budowie. Z miesiąca na miesiąc wystarczało, więc w głowie Krysi pojawiło się marzenie o własnym biznesie. Sklep to coś, co poprowadzą razem. Bez zastanowienia zaciągnęli kredyt. Przecież „1000 drobiazgów” to dobry pomysł. Każdy ciągle coś do domu potrzebuje.

Pierwszy miesiąc był ciężki. Trzeba było wziąć kolejny kredyt. 90 tysięcy to już dość spora suma. Z każdym kolejnym długiem pojawiały się kolejne kłótnie z Krysią. Na każdej sprzeczce coraz bardziej cierpiały dzieci. Presja rosła i Marcin postanowił uciec w alkohol. Popijał, ale nie chodził pijany. Nigdy nie wszedł do domu wstawiony. Nigdy też nie uderzył żony.

Długi przerastały go z dnia na dzień. Postanowił uciec. Nie radził sobie. Zostawił ją samą z dziećmi. Długi były na niego, więc nie obciążały Krysi. Zawiódł ją i rozczarował samego siebie. Chciał zapomnieć się na ulicy. Zaczął pić. Z miesiąca na miesiąc coraz więcej.  Spędził na ulicy 10 lat. Nie widział w tym czasie Krysi i córek. Zatracił tam w sobie ojca, męża i człowieka.

Teraz w szpitalu dostał wybór. Po raz pierwszy mógł wrócić do życia. – Wracasz na ulicę albo pójdziesz do Emaus – powiedziała terapeutka. Nie wiedział za bardzo, czym jest Emaus, ale powiedzieli, że dostanie tam pracę i mu pomogą. Marcin uwierzył i poszedł.

 

 emaus-sklep2

SKLEP

W Emaus Marcin zaczął pracę od razu. Trafił do sklepu. Od marca nieźle sobie radzi. Pracuje tam razem z Jankiem, kolegą ze wspólnoty.

Do sklepu Emaus niełatwo trafić, bo mieści się z tyłu dużego budynku. Dokładnie przy Willowym 29. Szare, metalowe drzwi nie domykają się i do wielkiego pomieszczenia o surowym wnętrzu co chwile wpada zacinający deszcz. Mnóstwo sprzętów, które w lekkim chaosie rozstawione są na półkach. Meble, kuchenki, książki i płyty. Totalny miszmasz.

Między tym wszystkim krząta się Marcin. Oprowadza, opowiada i zarządza. Mówi, że dużo ludzi się kręci, ale czasem „lekko szurnięci przychodzą”. Bo była na przykład babeczka, która uparła się, że to drewno nie jest leszczyną i zaczęła je wąchać. Janek na drewnie się zna, ale gdy starał się zwrócić jej uwagę, to stwierdziła, że bezdomnych o zdanie nie pyta.

Trochę przykro się sprzedawcom zrobiło, ale że takich gości mają więcej, to już się uodpornili. Tłumaczą mi, że chłopaki w Emaus pracują w sklepie, warsztacie elektrycznym i stolarskim i na transporcie. Pomagają w przeprowadzkach, prowadzą też swój mały warzywniak i hodują kury. Bo w Emaus terapią jest praca.

warzywnik-emaus
Warzywniak Emaus

 

EMAUS

 

Wspólnota Emaus działa w Krakowie już 13 lat. Jej członkowie utrzymują się ze sprzedaży wystawionych w sklepie rzeczy. Nie tworzą enklawy ani przytułku. Tworzą wspólnotę, którą sami utrzymują i która jest dla nich rodziną, ale tego jeszcze boją się głośno przyznać.

- Budynek, w którym jest sklep, wynajęliśmy od miasta. Nowa huta była wtedy czarną dziurą na mapie Krakowa. Była jednym wielkim „geriatrykiem”, bo średnia wieku to około 60 lat. To doskonałe miejsce, by rozkręcić biznes z rupieciami - mówi Grzegorz Hajduk, kierownik wspólnoty Emaus.

stolarnia-emaus

Emaus nie organizuje naborów. Jeśli ktoś przychodzi z ulicy. To siada w biurze u kierownika i po prostu mówi, o co chodzi. Bezdomni najczęściej dowiadują się o Emaus przez swoje własne kontakty. – Jest taka trochę szeptana reklama w środowisku. Bo u nas nikt i nikogo o nic nie pyta – dodaje.

Zdarza się, że do Emaus ściągają się znajomi, ale tego kierownik stara się unikać. Zazwyczaj źle się to kończy. We wspólnocie jest od 5 do 20 osób. Wszystko zależy od pory roku. I od tego, kto w jakim stanie się zgłosi. – Nawet jak przyjdzie pijany, to z reguły dostanie drugą szansę. Mówimy mu: weź stary ogarnij się i jak będziesz chciał się podnieść z kolan, to przyjdź jeszcze raz – mówi Hajduk.

sklep-emaus
Zdjęcie ze sklepu Emaus

Chłopaki mają we wspólnocie naprawdę niezłe warunki. Każdy ma swój pokój. Dostają jedzenie, jakie chcą. Nie ma ostrych regulaminów, a na pracę na rzecz wspólnoty każdy dostaje około 300 złotych na miesiąc. To wystarczająca zachęta, by nikt nie chciał kierownika oszukać. Bezdomni po pewnym czasie nie widzą sensu kłamać. Zaczynają dostrzegać zalety trzeźwości. Jeśli nauczą się żyć bez alkoholu, to uczą się też rutyny, która dla normalnych ludzi jest normą. Nie łatwo jest im żyć według schematu.

- Uczymy ich, że rano wstaje się i je się śniadanie, potem idzie do pracy, je obiad, a wieczorem się odpoczywa. Ci ludzie mają to potwornie zaburzone, nie jest to tak łatwe, jakby się mogło wydawać – mówi kierownik Emaus. Po pewnym czasie każdy członek Emausu dostrzega też, że chce czegoś więcej. Myśli o odzyskiwaniu więzów rodzinnych. Często totalnie zepsutych albo w ogóle nienaprawialnych.

Przede wszystkim wspólnota to miejsce, gdzie można zobaczyć inny wymiar bezdomności. - 99 procent ludzi, gdy myśli o bezdomnych, to ma na myśli jakiegoś chlora, żula, pijanego, leżącego pod krzakiem, oszczanego i rzygającego. Tu można zobaczyć, że są ludźmi – mówi Grzegorz Hajduk.

Warsztat
Warsztat

ŚWIĘTA

Święta to w Emaus trudny okres. Wspólnota nie jest rodziną i zawsze będzie jakiś brak.  – Często w tym okresie w żyłach buzuje wyzwalacz, który prowadzi chłopaków na manowce. Czują tęsknotę za czymś wymyślonym, czego często nawet nie przeżyli. Wiem, że jest im wtedy trudno – mówi Hajduk.

Ci, którzy jakoś te relacje odbudowali  wyjeżdżają gdzieś, przynajmniej na wigilię. Jadą do rodziny lub odprysków rodziny. Ci, którzy zostają, robią tu symboliczne spotkanie opłatkowe. – To dobry moment, by powiedzieć sobie kilka miłych słów. W jakiś sposób im to pomaga – mówi Hajduk.

Marcin nie wie, czy w tym roku spędzi święta z rodziną. Chce jednak znów zobaczyć córki. Mógłby im pokazać, jak zarządza sklepem. Wie, że z bliskością będzie mu ciężko.  Wciąż tli się w nim ulica. Mówi, że to twardy świat i dżungla, gdzie każdy stara się komuś coś wyrwać z gardła. Na ulicy zatracił człowieka. Dzięki Emaus staje się nim na nowo.

 

materiał powstał w ramach projektu Życzliwa Polska ma Sens, sponsorowanego przez Fundację PZU

logo-PZU