Zupa przyprawiona zegarkiem

Magdalena Janicka

Czterech mężczyzn – fenomenalni aktorzy Jacek Buczyński, Norbert Burkowski, Paweł Rybak oraz Maciej Słota, umiejętnie przemeblowując przestrzeń sceniczną, płynnie przenoszą widza w inne miejsce przy każdej scenie. Akcja toczy się między innymi w restauracji, podczas próby orkiestry symfonicznej, w fotelu w gabinecie dentystycznym, podczas spotkania w jakiejś redakcji czy na kursie kulinarnym dotyczącym przyrządzania najprostszych potraw.

Kiedy kilku mężczyzn zaczyna przedzierać się między publicznością z krzesłami, wiklinowym koszykiem na gazety, wieszakiem na ubrania wierzchnie i małym drewnianym stoliczkiem, myślę, że to scenografowie, którzy przygotowują scenę do występu. Jest kilka minut przed 19.00, nieprzyjemno-deszczowy czwartkowy wieczór, a cała sala wypełniona młodymi ludźmi w Teatrze Kto, czeka z niecierpliwością na przedstawienie Atrament dla leworęcznych. Komedia absurdu.

Dopiero po chwili orientuję się, że to nie scenografowie wnoszą na scenę przedmioty, ale sami aktorzy oraz, że w gruncie rzeczy przedstawienie się zaczęło. Powoli gasną reflektory, milknie ożywiony gwar; na scenie liczba osób się wykrusza, zostaje łysy pan ubrany w strój z poprzedniej epoki, wygodnie rozsiada się na uprzednio pieczołowicie ustawionym krześle i nie zwraca na nic uwagi.  Z zainteresowaniem czyta „Gazetę Wyborczą”, co jakiś czas kręcąc z niedowierzaniem głową. Podchodzi do niego drugi mężczyzna z pretensjonalnie wyciągniętym kapeluszem w ręku i zaczyna:

- Dzień dobry. – Cisza. – Dzień dobry!

- Dzień dobry – odpowiada ten pierwszy.

- Chciałem zgłosić, że kapelusz, który kupiłem wczoraj od pana nie działa. – wyjaśnia przyczynę swojego przyjścia, po czym oddaje kapelusz sprzedawcy do rąk.

Tymi słowami rozpoczyna się ta znakomita, dynamiczna i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji komedia, którą wyreżyserował Krzysztof Niedźwiedzki w 2008 roku. On, założyciel kabaretu Formacja Chatelet, współredaktor pisma Nowy Pompon, twórca rozlicznych tekstów satyrycznych i komediowych, zaprasza widza do wędrówki po świecie, w którym każda najzwyklejsza życiowa sytuacja staje się ogromnym wyzwaniem, wyobraźnia nie zna granic, zupę najczęściej doprawia się zegarkiem, a głównym bohaterem jest niewinnie wyglądający kapelusz, położony na scenie.

Czterech mężczyzn – fenomenalni aktorzy Jacek Buczyński, Norbert Burkowski, Paweł Rybak oraz Maciej Słota, umiejętnie przemeblowując przestrzeń sceniczną, płynnie przenoszą widza w inne miejsce przy każdej scenie. Akcja toczy się między innymi w restauracji, podczas próby orkiestry symfonicznej, w fotelu w gabinecie dentystycznym, podczas spotkania w jakiejś redakcji czy na kursie kulinarnym dotyczącym przyrządzania najprostszych potraw. Dzięki tym scenkom mamy szansę poznać charakter bohaterów, chociaż sprawa nie jest wcale taka prosta – każdy z nich przyjmuje nieco inną rolę znajdując się w danej sytuacji, lecz istnieją cechy charakterystyczne lub tiki nerwowe, które są ujawniane przez cały czas.

Wszystkie niedorzeczne scenki z życia scalają pojawiające się rekwizyty jak wspomniany już kapelusz, zegarek i boczna kurtyna (która stanowi niejako przedłużenie sceny, nazywana „cyrkiem” odgrywa rolę piątego bohatera, a zarazem innej rzeczywistości, rzeczywistości alternatywnej lub dodanej, do której widz nie ma dostępu wizualnego, co jakiś czas usłyszy tajemnicze dźwięki), motyw wartości języka, gramatyki i mowy oraz portret mężczyzny „zniedołężnianego”.

Kapelusz. Jego rolę w przedstawieniu można interpretować na wiele różnych sposobów. Jako przedmiotu użytkowy, czyli element odzieży nadaje się jak najbardziej, ponieważ nie nosi śladów zniszczeń i zaniedbań poprzedniego właściciela. Został jednak kupiony w celach zarobkowych, miał na siebie pracować. Zatem jako przedmiot użytkowy nie spełnił oczekiwań nowego właściciela. Zdaje się, że sprzedawca wie o nim znacznie więcej – kapelusz jest bardzo tajemniczym rekwizytem, który posiada własną tożsamość oraz super-moce. W kategoriach metafizycznych pełni funkcję wehikułu czasu, całkowicie panując nad czasem scenicznym i nadając mu odpowiedni do każdej sceny rytm: wystarczy wrzucić do niego kilka monet, a odgrywana scena zmieni swój charakter, by zaskoczyć widza czymś nowym.

Zegarek. Należy do nerwowego kucharza, który ustawicznie wrzuca go garnka z zupą. Usłużny kelner wyławia zegarek z dania męczącego klienta, po czym chowa go do kieszeni. Ten prawie niezauważalny gest kontynuuje się prawie na samym końcu inscenizacji, kiedy po posprzątaniu całej sceny, pozostaje na niej tylko kelner, który wyciąga zegarek z kieszeni, zakłada na rękę, rzuca nań nieznaczne spojrzenie i naciąga rękaw koszuli. Robota wykonana, czas się zbierać do domu – pora zająć się czymś innym gdzieś indziej. Niewątpliwie, wychwytywanie tych ledwie widocznych gestów aktorów i min stanowi dla widza pewnego rodzaju grę w dostrzeganie szczegółów. Wymusza nieustanne skupienie, co przy spiętrzeniu ogromnej ilości komizmu językowego i sytuacyjnego jest wręcz wyczynem ponad siły.

Refleksje nad językiem, gramatyką i mówieniem są stałym elementem dialogów. Odegrane są na różnych poziomach „zaawansowania”, od smacznych żartów językowych dla wielbicieli języka polskiego (np. w jak zdanie zmienia znaczenie, kiedy usunie się z niego jedno słowo), przez pokazanie mechanizmu polifoniczności, kiedy aktorzy zamieniają się miejscami, by z różnych perspektyw opowiedzieć o jednym wydarzeniu, do istotnego problemu we współczesnych relacjach międzyludzkich – zanikającej umiejętności wzajemnego porozumiewania się, mówienia „jedno przez drugie” lub niesłuchania rozmówcy.

Portrety mężczyzn. Paradoksalnie bohaterowie uczestnicząc oraz wytwarzając serie absurdalnych i komicznych sytuacji, prezentowali się w sposób niezabawny… znerwicowani, leniwi, zniedołężniali, niepotrafiący sobie poradzić z najprostszymi sytuacjami, nielogiczni, komplikujący problem – można by rzec utartą formułą: istny przerost formy nad treścią. Obrazy upiornego dentysty, dla którego najważniejsze były pieniądze, kompozytora-neurotyka, który pochłonięty przez własne demony nie potrafił się skupić na wykonywanej pracy, niekompetentnego kelnera, który zbywał klienta czy leniwego redaktora naczelnego, który stracił pasję do zawodu, być może są odbiciem wyobrażenia współczesnej kobiety o samotnym mężczyźnie w średnim wieku.

Jeśli zaś chodzi o publiczność, to trzeba przyznać, że bawiła się wybornie. Mała kameralna sala jest stworzona do aktywnego uczestnictwa widza w przedstawieniu. Aktorzy często angażowali publikę w kolejne scenki, co było zaskoczeniem dla kogoś, kto pierwszy raz zagościł w Teatrze Kto. Natomiast stali bywalcy doskonale wiedzą, że taka jest magia kameralnego teatru, kiedy niewielka wspólna przestrzeń wręcz zachęca do interakcji. Kiedy sprzedawca szukał monet w kieszeniach, by wrzucić do kapelusza i ruszyć z akcją dalej, na widowni zabrzęczały kieszenie uczestników, aż po chwili jedna z pań wyręczyła sprzedawcę w zamierzonej czynności.

Nawet, jeśli ktoś nie przepada za teatrem absurdu, a wybierze się na tę sztukę, powinien być w pełni usatysfakcjonowany. Samo słuchanie perfekcyjnej dykcji aktorów stanowi nie lada przyjemność! Z zainteresowaniem śledzi się kolejne sceny i wychwytuje szczegóły. A już szczególnie warto iść do Teatru Kto, kiedy pada deszcz, a jedyną czynnością, o której się marzy jest szczelne zawinięcie się w koc.

Teatr Kto – „Atrament dla leworęcznych. Komedia absurdu”

Tekst i reżyseria: Krzysztof Niedźwiedzki
Muzyka: Jerzy Zając
Występują: Jacek Buczyński, Norbert Burkowski, Paweł Rybak, Maciej Słota

najbliższe spektakle:

piątek, 1 kwietnia 19:00

czwartek, 12 maja 19:00

Polecamy!

Atrament dla leworęcznych