Życie nad kiblem

Paulina Padzik

Bo w Polsce panuje tabu – to wstyd, gdy ktoś ma problemy z samym sobą. Skoro nie daje rady, to znaczy, że jest słaby. Izolując się od otoczenia i żyjąc w poczuciu winy za swoje żarłoczne ataki, bulimicy stają się marginesem społeczeństwa. Cierpią więc w milczeniu, nie chcąc „przyznać się” do problemu i z chorobą zmagają się sami. W tej cichej walce przewija się ciągle jedno tylko zdanie: chcę, żeby ktoś mnie w końcu wyciągnął z mojej głowy.

Menopauza w wieku 40 lat, osteoporoza, cukrzyca, brak miesiączki, przezroczyste zęby. A do tego depresja, ciągłe poczucie win i nieraz myśli samobójcze. Bo jak masz czuć się inaczej, skoro praktycznie całą dobę wisisz nad kiblem?

Ania zmagała się z bulimią przez 15 lat. Zaczęło się w siódmej klasie podstawówki. Najpierw była wspólna dieta z koleżanką z klasy, ale po miesiącu jedzenia około tysiąc kalorii dziennie tamta dziewczyna odpuściła. Ania, urodzona perfekcjonistka, zawsze we wszystkim najlepsza, ściśle przestrzegała diety dalej. Tysiąc kalorii dziennie, czasem mniej. Wstawała rano i do godziny 16 nie jadła nic. A wieczorem wsuwała jak leciało – słodycze i słone przekąski z szafek, jedzenie z lodówki. Co za problem, skoro potem mogła włożyć dwa palce do gardła i wszystko wyrzygać? Myślała, że to genialny sposób na schudnięcie. Pozbywała się w ten sposób tych okropnych kalorii i poczucia winy, że zjadła to wszystko. Później okazało się, że i kalorie, i wyrzuty sumienia wracają bardzo szybko.

Bo jak jesteś na diecie 1000 kalorii, to nie pociągniesz długo. Może kilka dni, najwyżej tygodni. A później napad przyjdzie. Prędzej czy później. Lepiej prędzej, bo może będzie mniejszy, ale nigdy nie wiadomo. A jak już wilk przychodzi to jesz wszystko, co masz pod ręką. Chipsy, paluszki, czekoladę, orzeszki, ciastka, przetworzone jedzenie z półproduktów. Jednorazowy atak dochodzi czasem do 10-15 tysięcy kalorii. Zwracasz, więc na chwilę jest okej, ale potem znów przechodzisz na dietę „żreć jak najmniej” i wilk pojawia się znowu, kilka dni później. Zamiast chudnąć – tyjesz. Ania więc głodziła się, a potem jadła i rzygała. I koło się zamykało. Przez 15 lat.

W domu

Na początku były awantury i kłótnie. Rodzice widzieli, że dziecko po posiłku zamyka się w łazience i wymiotuje. Mama wysyłała Anię do lekarzy – najpierw rodzinnych, potem psychiatrów. Był jeden, drugi, trzeci, czwarty. Ale efektów brak, bo bulimia to nałóg i trzeba najpierw chcieć z niego wyjść, żeby zacząć się leczyć. Z tego Ania nie zdawała sobie sprawy. Myślała, że jak będzie wymiotować i jeść bez wyrzutów sumienia, to schudnie, a potem bez trudu przestanie oglądać sedes od środka. Dopiero, gdy okazało się, że nie może z tym skończyć, zorientowała się, że jest problem. Zaczęła myśleć: coś jest ze mną nie tak, chyba jestem nienormalna. Bo tyle lat robić coś wbrew sobie, mimo że się nie chce? To chore.

Ania chciała tylko schudnąć, jak większość dziewczynek w nastoletnim wieku. Dieta zawsze była obecna w jej życiu. Rodzina składała się w większości z kobiet, które co chwilę były na innej diecie. Temat odchudzania przewijał się przez każde spotkanie. – Tylko nie nabierz tłuszczyku, bo jak złapiesz go do 10-ego roku życia, to zostanie na zawsze – mówiły ciotki do Ani. A ona już w przedszkolu panicznie bała się, żeby tego „tłuszczyku” nie nabrać. Pamięta jak w wieku pięciu lat patrzyła na swój dziecięcy brzuszek i zastanawiała się, czy ten tłuszcz się już w nim nagromadził. I była przekonana, że i tak będzie gruba. Od dziecka miała poczucie winy, gdy pozwoliła sobie na batonik, cukierka. Jedzenie nie było czynnością normalną, jak oddychanie. Było czymś złym.

Spuścić w sedesie kilkadziesiąt tysięcy złotych

Z upływem czasu myśl o odchudzaniu stawała się coraz bardziej obsesyjna. Ania w wieku 14 lat zaczęła biegać, kontrolować wagę i stale była na diecie. W ciągu roku zaburzenie odżywiania stało się chorobą. Zaczęła się pielgrzymka po lekarzach, różnych terapiach i formach pomocy. Kolejne lata tylko pogłębiały bulimię, Ania stała się smutna, zgorzkniała, pełna poczucia winy i braku kontroli nad swoim życiem. Pamiętniki, które prowadziła regularnie od 12-ego roku życia pełne były opisów huśtawki, jaką fundowała jej bulimia.

Ale razem z zaburzeniem zleciało liceum, a potem zaczęły się studia w Krakowie. Pierwszy miesiąc to nowe życie – postanowienie, że koniec z tym, wychodzę z kibla. Nowi znajomi, dużo spraw, wypełniających czas. Bez przeczyszczania udało się przetrwać kilka tygodni. Ale studia to brak kontroli rodziców, imprezy, alkohol. U Ani pojawił się problem z piciem, bo po procentach człowiek czuje się wolny, szczęśliwy, jakby problemy nagle się ulotniły. Wilk był jednak dalej i zjadał Ani wszystko – niezależność, zdrowie, wolny czas i pieniądze. Były momenty, że w portfelu zostawało 50 groszy. Narobiła sobie długów wśród rodziny i przyjaciół i mówiła, że to na życie. A pożyczała na jedzenie, bo w ciągu 15 lat wyrzygała tyle, że mogłaby za to kupić mieszkanie w Warszawie.

Na drugim roku studiów powiedziała o bulimii swojemu chłopakowi i za jego namową próbowała znowu szukać pomocy u lekarzy. Okazało się jednak, że na pomoc jest już za stara. Miała 21 lat, a bulimia to „choroba nastolatek”, więc tylko osoby do 18-ego roku życia mogą liczyć na profesjonalne leczenie. Ten mit sprawia, że na zaburzenie zapada coraz więcej kobiet dojrzałych. Ania próbowała więc wyciągnąć się z bulimii siłą woli. Były wzloty i upadki, ale potrzeba objadania się i wyrzucenia potem z siebie tych kalorii ciągle była silniejsza. Chłopak Ani bardzo to przeżywał, więc dziewczyna postanowiła nie mówić mu więcej o chorobie. Okłamywała go, że udało jej się pokonać bulimię. Poddała się, przekonana, że tak już musi być. Spędzi życie nad kiblem i koniec.

Ale wilk był coraz bardziej głodny i teraz niszczył nie tylko psychikę, ale też życie naukowe. Trzy razy powtarzała rok, a rodzina była zawiedziona, bo przecież Ania tak dobrze się zapowiadała, taka inteligentna i zaradna. Jakoś przebrnęła przez studia i założyła własną działalność – zaczęła robić biżuterię. Przez pewien czas udawało jej się z tego utrzymać, ale picie i napady głodu były coraz częstsze, a długi coraz większe. Po rozstaniu z chłopakiem nikt jej nie pilnował. Żyła z dnia na dzień, czekając na cud.

Nowe, trudne życie

I cud się pojawił. Poznała swojego obecnego partnera, który przyjechał z Belgii jako turysta. Ania obiecała mu, że pokaże mu Kraków. Spędzili razem kilka godzin, po czym Toon wrócił do swojego kraju, a Ania do własnego życia. Ona chciała zapomnieć, ale on wypisywał, namawiał do przyjazdu do Belgii i w końcu Ania uległa. Odwiedziła Toona, poznali się bliżej i coś zaiskrzyło. Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Ania w ciągu miesiąca przeniosła się z Polski do Belgii. Kompletna zmiana. Przez chwilę był zachwyt nowym światem, nowym życiem, nowym facetem. A potem okazało się, że z dziewczyny, która ma własną działalność, spadła na najniższy stopień drabiny społecznej – bez języka, pracy, nawet ważnego w tym kraju dyplomu. Musiała zacząć od zera.

Pierwsze miesiące pracowała jako sprzątaczka i jednocześnie uczyła się języka. Po jakimś czasie udało się zaczepić w knajpie. Ale ambitna i perfekcyjna Ania była załamana – z wolnej, niezależnej kobiety, stała się służącą, która musiała harować, żeby w ogóle się utrzymać. Nierazchciała rzucić wszystko i wrócić do Polski, do swojego „ułożonego” życia. Ton okazał się wtedy księciem z bajki. Wspierał ją i przekonywał, że wysiłek w końcu się opłaci. Nauczył konsekwencji w działaniu, samodyscypliny i motywacji. I w końcu z tej zgorzkniałej, przepełnionej poczuciem winy bulimiczki, Ania znowu stała się dziewczynką z pamiętników, którą była zanim zaczęła się odchudzać. Pełne pracy życie nie pozostawiało zbyt wiele czasu na myślenie o objadaniu się. Nie było też czasu na rzyganie.

W końcu Ania dostała pracę w zawodzie, do której dojeżdżała ponad godzinę pociągiem w jedną stronę. I któregoś dnia przyszło jej do głowy, żeby napisać książkę o bulimii. W ciągu sześciu tygodni spisała historię swoich zaburzeń odżywiania w książce Wilczo głodna, która sama w sobie była terapią. Dzięki determinacji, motywacji, ogromnej samodyscyplinie i edukacji na temat bulimii, Ania wyciągnęła się z choroby. Zrozumienie swoich zaburzeń, tego, co je spowodowało i dlaczego właśnie ona wpadła w bulimię było podstawą do zmiany swojego życia.

Historia Ani to opowieść z happyendem. Dzisiaj jest zdrowa, mieszka w Belgii z kochającym facetem, pisze bloga, książki i wspiera inne osoby, chore na bulimię. Pomogła już dziesiątkom osób i jest pierwszą osobą w Polsce, a być może i na świecie, która stworzyła praktyczny poradnik wychodzenia z bulimii. Ona sama miała dużo szczęścia, bo choroba, trwająca 15 lat, nie przyniosła katastrofalnych skutków dla jej organizmu. Inne dziewczyny mają jednak o wiele gorsze problemy niż popsute zęby czy połamane paznokcie. Pojawia się insulinooporność, cukrzyca, problemy z nerkami, organizm nie raz zaczyna trawić własne mięśnie z głodu. Większość bulimików ma okrągłą, „chomiczą” buzię, bo ślinianki powiększają się kilkukrotnie, żeby wyciągnąć jak najwięcej substancji odżywczych już w jamie ustnej. Organizm wie, że jedzenie zbyt długo nie poleży w żołądku. Anię większość z tych skutków ubocznych ominęła.

Jedzenie – substytut miłości i nienawiści

Nie wszyscy bulimicy mają jednak tyle szczęścia. Niektórzy zmagają się z chorobą całe życie, nawet przez kilkadziesiąt lat. I umierają. Z głodu, z przejedzenia albo popełniają samobójstwa. Co dziesiąty Polak cierpi na zaburzenia odżywiania.

Dzisiaj jedzenie jest wszystkim. Stało się substytutem miłości, odpoczynku, szczęścia, wyładowania złości i uspokojenia nerwów. Ofiarą zaburzeń odżywiania, takich jak bulimia i anoreksja, w 90 procentach są kobiety, ale problem dotyka coraz więcej mężczyzn. Błędne przekonanie społeczeństwa, że bulimia to choroba nastolatek, sprawia, że dorosłe osoby nie mogą otrzymać profesjonalnej pomocy, bo są „za stare”.

Według szacunków, na to zaburzenie cierpi jedna osoba na sto. W przeciwieństwie do anoreksji, bulimia nie daje tak widocznych objawów. Osoba chora zazwyczaj wygląda normalnie – ma prawidłową wagę ciała, czasem o kilka kilogramów za dużo. Ataki głodu prawie zawsze odbywają się w zaciszu domu, więc o bulimii wiedzą tylko najbliższe osoby albo nikt. Bulimia zaliczana jest do zaburzeń psychicznych, a do tych mało kto się przyznaje, bo w Polsce panuje tabu – to wstyd, gdy ktoś ma problemy z samym sobą. Skoro nie daje rady, to znaczy, że jest słaby. Izolując się od otoczenia i żyjąc w poczuciu winy za swoje żarłoczne ataki, bulimicy stają się marginesem społeczeństwa. Cierpią więc w milczeniu, nie chcąc „przyznać się” do problemu i z chorobą zmagają się sami. W tej cichej walce przewija się ciągle jedno tylko zdanie: chcę, żeby ktoś mnie w końcu wyciągnął z mojej głowy.